W ostatnią niedzielę sierpnia udało mi się zmobilizować na ten wyjazd. Wciąż coś stawało na przeszkodzie: a to studniarz, a to pogoda, a to przyjazd którejś z córek. A może tak naprawdę to było te sześć czy siedem km dzielące Starogród od sanktuarium? Pogoda nie była najlepsza, pochmurno. Zachmurzenie tego rodzaju co to nie wiadomo: rozjaśni się, czy wprost przeciwnie. W Gadce jaskółki śmigały tuż nad drogą, jakby zapowiadając deszcz. Wrócić się? Zaryzykuję! Po sześciu km w Sufczynie dopadł mnie kryzys. Tyle drogi przede mną! Jakoś osłabłam. Fakt, od tygodnia walczyłam z jakąś niestrawnością. Poczułam nagle pieroński głód. Poszłam z sobą na ugodę: Nie pojadę przez Starogród, tylko przez Wólkę Dłużewską. Nie będę tracić sił na ten cholerny podjazd w Nowym Starogrodzie, a jedzenie kupię w Dłużewie. Jeśli pamięć nie myli na rozstajach jest sklep i jeszcze będzie otwarty. Zaopatrzyłam się w dwa prince polo (no, niezbyt dietetyczne) i butelkę cisowianki i ruszyłam w stronę Wólki Dłużewskiej. Podskakiwałam na pełnej dziur drodze - teraz sobie przypomniałam, że to minus tej trasy, ale wkrótce ku mojemu zdumieniu wyboje przeszły w piękną nowiutką szosę! Pozdrowiłam moje dwa domy kryte strzechą nr 20, a drugi z łamanym dachem 25B
.
I pomyśleć, że tuż obok takiego piękna ktoś ogrodził się takim straszydłem z kostki brukowej! Tym razem, ponieważ rozglądałam się za miejscem na posiłek, dostrzegłam tablicę informacyjną. Okazało się, że kilkaset metrów od drogi zaczyna się rezerwat. Jest tam ciekawa formacja geomorfologiczna zwana ozem, pozostałość po lodowcu. Następnym razem sobie to obejrzę z bliska. No, i proszę tak niewielka podróż i dowiedziałam się czegoś nowego! Zatrzymałam się nad stawami rybnymi w Starogrodzie (WSTĘP WZBRONIONY). Chmury, takie niezdecydowane jeszcze w Sufczynie, rozstąpiły się. Resztka sunęła z wiatrem po niebie i odbijała się w nieruchomych wodach stawów.
Słońce przypiekało. Usiadłam sobie na żyrdce i pochłonęłam jednego princa, jak jakaś smoczyca, trochę się napiłam i ruszyłam dalej. Skręciłam koło cmentarza. Droga była szeroka, piaszczysta i wyboista. Na mojej mapie w ogóle jej nie było. Czy nie przemieni się w polną drogę? Byłoby to niemiłe. Nie! po kilkuset metrach stała się asfaltówką! A wokół pełno kwiatów, traw, pola ze ścierniskami... I tak przetykane: pola, las, łąki. Lekkie podjazdy i zjazdy, a potem zaczęły się same lasy pełne krzewinek borówek, drzewa dorodne, aż radość patrzeć. BORÓWEK - dobrze jadę! Następne powinny być Budy Wielgoleskie. W Budach zobaczyłam kobietę na przystanku. Spytałam czy dobrze jadę do sanktuarium. Ożywiła się. Ona sama właśnie wraca stamtąd z sumy. Cały czas prosto! Mała, kudłata suczka ochoczo mnie obszczekiwała. Podobno nie gryzie, ale zsiadłam z roweru woląc nie ryzykować całości spodni. Słodkie, małe pieseczki są nieobliczalne. Znów przez las, samo piękno. I nieoczekiwanie tuż przede mną ukazał się kościół, bez żadnych wstępów, łąk, domów.
Otoczony niskim ogrodzeniem, a tuż pod lasem mniejsza kapliczka zwana Miejscem Zjawienia. Między kościołem a kapliczką rozciąga się czworoboczny plac z ławkami, a w samym środku ustawiono polowy ołtarz-stół. W oczy rzuciły mi się głazy otaczające dwie kamienne tablice i przygięty ku ziemi drewniany krzyż. Jedna poświęcona powstańcom 1863 r., druga pochodzącemu stąd żołnierzowi zabitemu w Katyniu. Obejrzałam przez oszklone drzwi kaplicę MB Wielgoleskiej. Trochę za dużo różnych szczegółów (nie wiem jak to inaczej nazwać), przez co się traci obraz.
Potem wróciłam do Miejsca Zjawienia i też przez szybę podziwiałam wnętrze.
Przyklękłam i poprosiłam o zdrowie i o to by moje wnuczki, i ich dzieci (jeśli będą) i dzieci ich dzieci i wszyscy moi potomni nigdy nie rzucili naszej ziemi. Jest taka piękna, taka wspaniała i tak bardzo okupiona krwią i cierpieniem! Ten piękny las tyle widział powstańców, partyzantów, potyczek, bitew. Przemykali tędy, przemieszczały się oddziały, odpoczywali pod drzewami, które wydały nasiona obecnych drzew. Obok kapliczki, w specjalnym pomieszczeniu umieszczono fragment sosny, w której miało być Zjawienie. Jakaś para podeszła do studzienki i nabrali wody. Mają kogoś chorego? Ciekawe.
Potem i ja podeszłam do studni, otwarłam drzwiczki i zajrzałam w dół. Nie była zbyt głęboka. Wiaderko maleńkie, nowy łańcuch, z boku ktoś ustawił dwie białe filiżanki. Nalałam do jednej z nich i wypiłam łyk. Muszę tu wrócić! Droga powrotna szła gładko. W Wólce Dłużewskiej zobaczyłam obrazek jakiego w Kołbieli nigdy nie widziałam: Drogą szedł ksiądz z sołtysem (sądzę, że był to sołtys bo wyszli z domu opatrzonego taką tabliczką). Ksiądz szedł w długiej białej komży, a na szyi miał zawieszony Przenajświętszy Sakrament. Pewnie szedł do jakiejś choej osoby, a mężczyzna idący z nim był przewodnikiem. Nie miałam już wolnego miejsca w pamięci telefonu. Jakie to by było piękne zdjęcie: Droga po horyzont, wysokie drzewa z obu stron i biała sylwetka księdza.
Za to droga przez Gadkę dobiła mnie. Ledwie zlazłam z roweru, tak mnie wytłukło na wybojach!