Gaz się skończył. Do takiej małej turystycznej butli można go nabić albo w Woli Duckiej (10 km szosą o dużym natężeniu ruchu), albo w Grębiszewie na TIReście (jeśli dobrze pamiętam to 6 km bocznymi drogami). Wyczyszczoną butlę ładuję do żółtego worka, w jakim my wieśniacy przechowujemy ziarno, albo wozimy nasiona, kładę do koszyka na bagażniku i w drogę! Czekałam do 10, żeby mgła zeszła, ale jakoś nie chciała. Co było robić? Może w międzyczasie opadnie? Jechałam zwykłą drogą jak do sklepu, woda dość wysoka. Drzewo przy ławie bobry zaczęły nadgryzać z drugiej strony. Tylko patrzeć jak runie! Żal pięknego drzewa.
Czyściciele rąbią teraz wszystko co rośnie przy drogach i nad rzekami, tną kosiarkami krzewy i młode drzewka. Gdzie te czasy, kiedy zielone gaje wskazywały, że wśród nich płynie rzeczka! Tu choć niby rezerwat, ale jakoś się nie patyczkują. Kilka tygodni temu był tu spychacz i całą piękną plątaninę usunął. Najszybciej jak mogłam przemknęłam przez Kołbiel i wjechałam w las. Widoczność była mała na jakieś 80 m. Najbliższe drzewa wydobywały się ze mgły, reszta ledwie majaczyła.
Piaszczysty odcinek drogi między Borkowem a Rudzienkiem był wyjątkowo wspaniały, bo mocno wilgotny i dało się jechać bez przeszkód. Na piasku widniały ślady saren przecinających drogę. Zawsze w tym miejscu sobie wędrują. Na początku Rudzienka przy odpływie ze stawów mgła wydobyła z natłoku roślin wierzbę. Fantastyczna! Mgła jest cudowna, bo można zobaczyć fragmenty, niewidoczne przy dobrej pogodzie. Złapałam ją do komórki. Mam nadzieję, że fotografia jej nie zaszkodzi.
Rudzienko słynie w okolicy z kapliczek. Podobno mieszkańców wyśmiewają z powodu pobożności i nazywają ich bośkami
. Rzeczywiście kiedyś na małym odcinku ulicy naliczyłam kilkanaście krzyży i kapliczek. Dawniej był tu dwór, ale podobno został rozebrany i przeniesiony do skansenu. Szkoda, ale pewnie lepiej niż by popadł w ruinę. Pozostało kilka pięknych domów ozdobionych "pazurkami".
Normalnie przejeżdżam ulicą 3 Maja aż do straży pożarnej i tam skręcam w lewo, a potem polną drogą dojeżdżam do dk 50 i z wielkim strachem idę pod prąd poboczem o szerokości najwyżej 50 cm. + biała ciągła linia. Boję się jechać ze względu na silny podmuch wytwarzany przez pędzące ciężarówki. A dziś ta mgła! Mogę jechać przez las, ale tam kopny piasek i zwały śmieci porzucone zapewne przez kierowców. Panopticum! A może tak spróbować z Bocznej skręcić nieco w lewo, a potem w prawo tą szeroką piaszczystą drogą? Sto procent, że dochodzi do drogi na Grębiszew! Droga wiodła pod górę tunelem w pustce. Pewnie były obok jakieś domy, bo czasem słyszałam szczekanie psów, pianie kogutów, ale ja przebijałam się przez watę. Jednak dzięki tej wacie zobaczyłam dwie, a może trzy wierzby i wpadłam w zachwyt.
Podchodziłam do nich to z jednej, to z drugiej strony, zaglądałam do wnętrza, z jednej spoglądałam na drugą, a potem odwrotnie. Że też takie cuda same z siebie powstają! Z żalem odjechałam przyrzekając sobie, że jeszcze kiedyś tu przyjadę. Zaczęłam zjeżdżać w dół i zobaczyłam, że droga skręca w lewo oddalając się od TIRestu. Kusiło mnie, żeby skręcić w którąś z polnych dróg prowadzących w zamglony niebyt. Z trudem się powstrzymywałam i dzięki temu w miarę szybko znalazłam się na skrzyżowaniu z szosą. Całym pędem minął mnie samochód "Solid security" jakkolwiek znak wskazywał ograniczenie do 40, a później nawet do 30 km/h. Dzielni chłopcy zginęli we mgle, za to wyłonił się samochód z dziewczyną w czerwonym swetrze. Wyraźnie zwolniła na mój widok. Zawsze mnie to cieszy, kiedy widzę, że ktoś myśli. Droga osiągnęła wzniesienie. Prawdopodobnie TIRest niedaleko. Mgła nabrała ciemnego koloru: Las. Leśniczy stał przy drodze czekając na kogoś. Jeszcze chwila i zobaczyłam jadący w poprzek samochód: Za jakieś 100 m dk 50. Podjechałam do mojego Gazownika. Dziś parking był pełen TIRów. Warsztat naprawczy miał chyba dużo roboty. Kierowcy kręcili się przy sklepach. Pełno tu sklepów. Dostanie wszystko, co potrzebne do samochodów, motorów, lawet. Jest i odzież i suweniry, jest spożywczak. Napisy po polsku i rosyjsku świadczą jednoznacznie jaka tu jest klientela. Po pewnym czasie napis "Cappy" czytam "sarru" i łapię się na tym z radością. U Gazownika koci wysyp. Przepiękna tygryska urodziła sześć kociąt. "Wymendlowały" się na trzy tygryski i trzy białaski. Nie wiadomo które kocię piękniejsze. Gazownik gotów oddać w dobre ręce. Ekspedientka ze sklepu ze światłami podeszła się pobawić. Lubię ten nastrój sąsiadujących sklepów. Przypomina mi to giełdę. Te cholerne noce i dnie na placu, ale jednocześnie taka więź ludzi połączonych podobnym zajęciem, jednako marznącym, moknącym, padającym z upału. Mężczyźni przychodzący by kupić coś bardzo ważnego dla ich pracy: Lampa, opona, plandeka... Przypomina mi te pierwsze wyjazdy do Berlina Zachodniego, noce spędzane w cieniu TIRów. W razie czego krzykniesz o pomoc i zlecą się chłopy ze wszystkich ciężarówek. Te głosy przyjeżdżających nocą, połączone z głosami odjeżdżających, pracujące webasta, Ulga przyjazdu, zimne poranki, sikanie za otwartymi drzwiczkami. Ech! Butla nabita. Pan Gazownik chwali się, że założył taki dinks, by uchwyt butli nie spadał. Dziękuję i uśmiecham się. Podjeżdżam do sklepu po pączka. Nie ma to jak jedzenie tam gdzie TIRy. Tirowcy nie przyjdą na byle jakie. Moje córki w to nie wierzą, ale tak jest. Kierowcy polecają sobie miejsca gdzie można dobrze i tanio zjeść. Mgła z lekka opadła i waham się, czy nie pojechać jak zawsze, ale mimo, że widoczność jest lepsza zawracam na nową drogę. Robię zdjęcie kępy fioletowych kwiatków (czy ktoś wyrzucił tu zeschnięty bukiet i kwiaty same się wysiały?)
Co to za ogród? same figurki!
Okazuje się, że to nie amator figurek, ale przedsiębiorca jak informuje napis. Słońce zaczyna się przebijać, pola parują. Wzdłuż mojej drogi pełno domów, które przedtem były okryte mgłą. Część z nich to "sypialnie". Ożyją wieczorem, po pracy. Słusznie się domyślałam, że to Dobrzyniec. Teraz już widać tabliczki na domach. Skręcam w stronę Rudzienka. Przy wierzbach jem pączka. Mmm... W środku bita śmietana, z wierzchu wiórki kokosowe.
Mijam Rudzienko. Słońce nagle wynurza się całkowicie i świat nabiera tak intensywnych barw, że ledwie można wytrzymać z ich nadmiaru. Jaki ten świat jest piękny! Można zwariować! W domu wyjmuję z włosów kilka kleszczy. Coś za coś.
środa, 28 października 2015
czwartek, 22 października 2015
Osieck dawniej Osiecko
Większość okolicznych miejscowości objechałam. Kiedyś chciałam pojechać do Osiecka, ale jak przejechałam kilkadziesiąt metrów po strasznym błocie wycofałam się z pomysłu. Oczywiście można szybko i gładko dojechać tam dk 50, ale nie mam skłonności samobójczych i rowerem raczej tam nie wjeżdżam. Postanowiłam jechać przez znane mi Jaźwiny. Dzień był ciepły, majowy. Jechałam sobie przez lasy i łąki, widać podmokłe, bo pokryte różową firletką.
Ponieważ nic na drogę nie wzięłam poszukałam w Jaźwinach sklepu, kupiłam jakąś wodę i wafle. Mmm... Dotąd pamiętam ten smak! Zupełnie jak domowej roboty, grube z delikatnym, wilgotnym przełożeniem! Porzuciłam boczne drogi i dostałam się na drogę 805. Chodnik szybko się skończył i niestety musiałam jechać drogą bez pobocza. Na szczęście wyprzedzający mnie kierowcy byli grzeczni i ostrożni. Pewnie i oni i ich bliscy często korzystają z rowerów i wiedzą jaki to niemiły moment. Osieck leży poniżej skarpy, więc droga wiodła mile w dół i w dół (oznacza to, że na powrocie będzie pod górę i pod górę). Oczarowała mnie wieś Grabianka. Było trochę trudno jechać, bo jak wszędzie w tych okolicach prowadzono wykopy pod wodociągi, czy też kanalizację. Poniżej drogi rozścieliły się soczyste, zielone łąki i chłodne zarośla nad potoczkiem. Czarno-białe krowy pracowicie skubały trawę.
Na betonowych słupach energetycznych wznosiło się potężne jak forteca bocianie gniazdo. Po prawej ktoś zaprojektował ogród pełen fantastycznych kolorów.
Do Osiecka wpadłam nieoczekiwanie. Wydawało mi się, że będzie trochę domów, takich jakie bywają przed miasteczkami. Tu droga omijała dość duży dom, a potem niemal od razu wpadała na rynek. Rynek przemiły, zadbany i schludny. Miło było przysiąść na ławeczce i w cieniu drzew patrzeć jak krzątają się mieszkańcy.
Zdziwiłam się, bo kościół pod wezwaniem Św. Andrzeja i Bartłomieja wcale nie stał przy rynku, a wręcz kawałek dalej.
No i pech! Prace budowlane!
Wślizgnęłam się jakoś do kościoła, ale niestety zdjęcia mi nie wyszły dobrze.
Kiedyś były tu kościoły jeden po drugim niszczone przez ogień, albo burzone ze względu na stan. Obecny kościół to początek XX w. Osieck dostał prawa miejskie później niż Kołbiel, za to utraciły chyba w jednym czasie, tym samym "ukazem". Był kiedyś osadą myśliwską ze zwierzyńcem i służył książętom i królom. Tak jak i w Kołbieli mieszkało w Osiecku wiele rodzin żydowskich, a cmentarz żydowski był na południowy wschód między Sobienkami a Górkami. Może kiedyś spróbuję go znaleźć, będę rozpytywać ludzi.
Ponieważ nic na drogę nie wzięłam poszukałam w Jaźwinach sklepu, kupiłam jakąś wodę i wafle. Mmm... Dotąd pamiętam ten smak! Zupełnie jak domowej roboty, grube z delikatnym, wilgotnym przełożeniem! Porzuciłam boczne drogi i dostałam się na drogę 805. Chodnik szybko się skończył i niestety musiałam jechać drogą bez pobocza. Na szczęście wyprzedzający mnie kierowcy byli grzeczni i ostrożni. Pewnie i oni i ich bliscy często korzystają z rowerów i wiedzą jaki to niemiły moment. Osieck leży poniżej skarpy, więc droga wiodła mile w dół i w dół (oznacza to, że na powrocie będzie pod górę i pod górę). Oczarowała mnie wieś Grabianka. Było trochę trudno jechać, bo jak wszędzie w tych okolicach prowadzono wykopy pod wodociągi, czy też kanalizację. Poniżej drogi rozścieliły się soczyste, zielone łąki i chłodne zarośla nad potoczkiem. Czarno-białe krowy pracowicie skubały trawę.
Na betonowych słupach energetycznych wznosiło się potężne jak forteca bocianie gniazdo. Po prawej ktoś zaprojektował ogród pełen fantastycznych kolorów.
Do Osiecka wpadłam nieoczekiwanie. Wydawało mi się, że będzie trochę domów, takich jakie bywają przed miasteczkami. Tu droga omijała dość duży dom, a potem niemal od razu wpadała na rynek. Rynek przemiły, zadbany i schludny. Miło było przysiąść na ławeczce i w cieniu drzew patrzeć jak krzątają się mieszkańcy.
Zdziwiłam się, bo kościół pod wezwaniem Św. Andrzeja i Bartłomieja wcale nie stał przy rynku, a wręcz kawałek dalej.
No i pech! Prace budowlane!
Wślizgnęłam się jakoś do kościoła, ale niestety zdjęcia mi nie wyszły dobrze.
Kiedyś były tu kościoły jeden po drugim niszczone przez ogień, albo burzone ze względu na stan. Obecny kościół to początek XX w. Osieck dostał prawa miejskie później niż Kołbiel, za to utraciły chyba w jednym czasie, tym samym "ukazem". Był kiedyś osadą myśliwską ze zwierzyńcem i służył książętom i królom. Tak jak i w Kołbieli mieszkało w Osiecku wiele rodzin żydowskich, a cmentarz żydowski był na południowy wschód między Sobienkami a Górkami. Może kiedyś spróbuję go znaleźć, będę rozpytywać ludzi.
niedziela, 18 października 2015
Łucznica
Nazwa zaciekawiła mnie już kiedyś, kilka lat temu, jak byłam w Pilawie. Droga wśród lasu, zbiegająca w dół - co tam na końcu może być? Ostatnio zobaczyłam, że jest tam jakiś dworek, Stowarzyszenie Łucznica. W tym tygodniu ma się ochłodzić, dziś jeszcze ciepło, a nie za gorąco. Zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam wodę i w drogę. Postanowiłam, że w Jaźwinach wpadnę do sklepiku i kupię sobie te przedobre wafelki, które tam jadłam w drodze do Osiecka. W powietrzu była jeszcze lekka mgiełka, poranny chłód. Wybrałam drogę 17tką, potem przez Antoninek, Słoneczną i Olchową w Kątach. Za przejazdem kolejowym asfalt się kończy. Droga przez lasek ziemna, wilgotna, miła dla roweru, potem wypada między łąki i zaczyna być szutrówką, a właściwie pralką (tu zwana jest tarą). Rower raz po raz podskakuje. W Augustówce znów asfalt. Kawałek drogi przed Jaźwinami wygląda jakby ktoś wylał bardzo rzadki asfalt wzdłuż osi jezdni i pozwolił mu swobodnie spływać ku poboczom. Ale jest to na pewno bardziej wygodne niż szuter. Z wiaduktu pomachałam ręką maszyniście towarowego pociągu, a on włączył sygnał. Miło. W sklepie doznałam strasznego rozczarowania - nie było wafelków! Sklepowa zdradziła mi, że dostawy są w piątki i potem bardzo szybko wafelków nie ma. Wjechałam na 805-tkę. Droga łagodnie wznosi się, nawierzchnia dobra, więc rowerek gładko mknął przez las do rozstaju. Stoi tu tablica poświęcona pamięci 3 zakładników rozstrzelanych w tym miejscu przez Niemców. Ogrodzono ją metalowym płotkiem.
Skręciłam w drogę do Łucznicy. Las przepiękny, inny niż te w okolicy Kołbieli. Więcej starych drzew, mniej brzóz, ku mojemu zdziwieniu dostrzegłam jodły. Chyba się nie mylę. Nie wiem czy rosną naturalnie, czy ktoś je celowo posadził. W tych okolicach nie spotyka się jodeł dziko rosnących. Przy drodze zobaczyłam drogowskaz: Mogiła powstańców 1863 r. 4500 m. No, tego nie pisali przy Łucznicy! Oczywiście muszę tam dojechać. Wobec takiego kąska jakiś tam dwór się nie liczy. Po jakichś 3 km dojechałam do wsi. Coś bieliło się między drzewami, pewnie dwór, ale mnie chodziło już tylko o mogiłę. Wstąpiłam do sklepu by zapytać o mogiłę. Miła pani wyszła ze mną ze sklepu i wskazała drogę idącą lekko pod górkę i rozwidlającą się przy wielkim głazie. Przy głazie trzeba skręcić w prawo, potem będą domy, ale do nich nie skręcać, tylko wjechać w las i już niedaleko będzie mogiła. Na głazie umieszczono tablicę z napisem, który cytuję za stroną Kazika Paciorka:
Przy tej samej drodze (patrz wyżej) około 150 m od zakrętu jest kamień z napisem: CHWAŁA BOHATEROM WALK O WOLNOŚĆ OJCZYZNY. W TYM MIEJSCU W DNIU 30 LIPCA 1944 R. ODBYŁA SIĘ W RAMACH AKCJI „BURZA” KONCENTRACJA ODDZIAŁÓW ZBROJNYCH ARMII KRAJOWEJ ZGRUPOWANIA „GOŁĄB”.
Minęłam domy, droga stała się wąska, trochę wilgotna, ale to pestka w porównaniu z drogą do Reguta. Mogiła się nie pojawiała, zaczęłam się niepokoić, że coś spaprałam. Słońce pięknie oświetlało polanę z kępą wysokich sosen pośrodku. A potem po prawej stronie drogi zobaczyłam jakąś wyniosłość.
To to! Ustawiono tu obelisk z krzyżem, prosty drewniany, bardzo wysoki krzyż z datą.
Spoczywa tu 46 poległych w marcu 1863 r.
Na przeciw mogiły ustawiono kamienie z napisami:
W TYM REJONIE NOCĄ 14 WRZEŚNIA 1943 R. MIAŁ MIEJSCE ALIANCKI ZRZUT LOTNICZY Z WIELKIEJ Brytanii. PLACÓWKA ODBIORCZA ARMII KRAJOWEJ SPODEK DOWODZONĄ PRZEZ PPOR. STANISŁAWA MIERZYKOWICZA „MIRZĘ”. PRZYJĘŁA WÓWCZAS TRZECH CICHOCIEMNYCH PPOR. KAZIMIERZA TUHRMONA „ZACZEPA” PPOR. ROMANA WISZMIOWSKIEGO „HARCERZA” PPOR. FRANCISZKA ŻACZKA „MATKI” ORAZ BROŃ, AMUNICJĘ I RADIOSTACJĘ DLA KG AK. ŁUCZNICA 15.IX. 2003 r. Napis na prawym: ZRZUT W OPERACJI „NEON 7” WYKONAŁA POLSKA ZAŁOGA HALIFAXA DT-362 „L” Z 1586 ESKADRY PAF W SKŁADZIE: KPT. ANTONI FREYER ST. SIERŻ. HENRYK BOBER ST. SIERŻ. STANISŁAW KOZŁOWSKI SIERŻ. ALFRED PAWLITTA SIERŻ. STANISŁAW GOJDŹ SIERŻ. JAN PRYMUS SIERŻ. JAN WERNIKOWSKI
Taka mała wioseczka, a tyle historii widziała! Pomodliłam się i pojechałam na tą śliczną polanę. Może tutaj był bój? A te sosny to prawnuczki sosen z tamtych lat? Może wrześniową nocą krążył nad nią Halifax i spadały gwiazdy spadochronów? Patrzyłam na polanę i miałam takie wrażenie, że jakoś bardzo jest dla mnie ważna. O takich miejscach mówię "przejście".
Minęłam domy, droga stała się wąska, trochę wilgotna, ale to pestka w porównaniu z drogą do Reguta. Mogiła się nie pojawiała, zaczęłam się niepokoić, że coś spaprałam. Słońce pięknie oświetlało polanę z kępą wysokich sosen pośrodku. A potem po prawej stronie drogi zobaczyłam jakąś wyniosłość.
To to! Ustawiono tu obelisk z krzyżem, prosty drewniany, bardzo wysoki krzyż z datą.
Spoczywa tu 46 poległych w marcu 1863 r.
Na przeciw mogiły ustawiono kamienie z napisami:
W TYM REJONIE NOCĄ 14 WRZEŚNIA 1943 R. MIAŁ MIEJSCE ALIANCKI ZRZUT LOTNICZY Z WIELKIEJ Brytanii. PLACÓWKA ODBIORCZA ARMII KRAJOWEJ SPODEK DOWODZONĄ PRZEZ PPOR. STANISŁAWA MIERZYKOWICZA „MIRZĘ”. PRZYJĘŁA WÓWCZAS TRZECH CICHOCIEMNYCH PPOR. KAZIMIERZA TUHRMONA „ZACZEPA” PPOR. ROMANA WISZMIOWSKIEGO „HARCERZA” PPOR. FRANCISZKA ŻACZKA „MATKI” ORAZ BROŃ, AMUNICJĘ I RADIOSTACJĘ DLA KG AK. ŁUCZNICA 15.IX. 2003 r. Napis na prawym: ZRZUT W OPERACJI „NEON 7” WYKONAŁA POLSKA ZAŁOGA HALIFAXA DT-362 „L” Z 1586 ESKADRY PAF W SKŁADZIE: KPT. ANTONI FREYER ST. SIERŻ. HENRYK BOBER ST. SIERŻ. STANISŁAW KOZŁOWSKI SIERŻ. ALFRED PAWLITTA SIERŻ. STANISŁAW GOJDŹ SIERŻ. JAN PRYMUS SIERŻ. JAN WERNIKOWSKI
Taka mała wioseczka, a tyle historii widziała! Pomodliłam się i pojechałam na tą śliczną polanę. Może tutaj był bój? A te sosny to prawnuczki sosen z tamtych lat? Może wrześniową nocą krążył nad nią Halifax i spadały gwiazdy spadochronów? Patrzyłam na polanę i miałam takie wrażenie, że jakoś bardzo jest dla mnie ważna. O takich miejscach mówię "przejście".
środa, 30 września 2015
Kiczki
Już nie wiem kto spytał mnie czy byłam w Kiczkach, że warto, że ładny drewniany kościółek. Czemu nie? Wprawdzie dziś rano było trochę zimno i wietrznie, ale w końcu lepiej zimno niż za gorąco. Tego lata nie dało się nigdzie jeździć przez te upały. Sprawdziłam drogę w internecie. Lubię wiedzieć jakie są podjazdy, zjazdy i ile kilometrów. Po drodze w Gadce kupiłam sobie długą bułkę, trochę tyrolskiej i wodę. Wiatr trochę przeszkadzał, ale skoro się zdecydowałam, to nie było sensu zawracać. Wszędzie pustki. Letnicy powyjeżdżali. W Sufczynie spotkałam trzy rowerzystki jadące w przeciwnym kierunku, wszystkie starsze panie; pewnie pozostały w Radachówce i będą do pierwszych przymrozków. Z daleka ujrzałam, że w kościółku jest otwarte okienko. Przed bramką stał czerwony fiacik z rejestracją garwolińską, furtka i wejście do kościoła były otwarte. Ale okazja! nie muszę jechać na mszę by zobaczyć wnętrze. W środku usłyszałam muzykę ktoś grał na organach. Nie powiem co, bo się nie znam, ale bardzo lubię organy.
W Majdanie rozglądałam się za ulami, które widziałam na początku lata, ale nie było ani śladu... Za zakrętem do Dłużewa na rozległych łąkach pasły się stada krów. Przy tym najbliższym siedziała długowłosa pasterka i coś sobie czytała. Z dworskiego parku wyszła kobieta z tekturową teczką pokrytą plamami farb. Pewnie malarka, przyjechała na plener do dworu. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją malować! Nie zazdroszczę nikomu pieniędzy, urody, stanowiska, tytułów, odznaczeń, ale zazdroszczę talentu malarskiego... Szczęściara widząc mój wzrok utkwiony w nią zmieszała się i ukłoniła. Widać myślała, że jestem kimś z tego ośrodka, a może przejęła miły obyczaj pozdrawiania napotkanych w drodze osób. Droga przez Dłużew i Wólkę Dłużewską jest właściwie nudna. Tyle razy tamtędy jechałam! Z tego domu wyjeżdżali kiedyś jacyś ludzie, kobieta i mężczyzna, kobieta wołała, że musi wrócić na drugą, potem umawiała się z sąsiadem z przeciwka. Z tamtego gospodarstwa po lewej wyjeżdżał wozem w pole mężczyzna, a wesoły mały piesek biegł przed wozem... Strzecha na starym, zabytkowym domu się zapadła... Na przeciw ktoś wystawiła wiadra na podwórko. Czy to ta starsza kobieta, która mnie kiedyś zawołała i opowiedziała historię swojego życia? Trochę się jej w głowie pomieszało. Twierdziła, że sąsiedzi wyprowadzili jej bydło, ukradli kury. Prawdopodobnie dzieci widząc jej stan zabrały inwentarz. Mogli jej zostawić chociaż psa, kota, albo parę kur. Miałaby trochę dawnego życia. Młodzi by mieć mniej kłopotu i ulżyć starym nie zdają sobie nieraz sprawy, że posuwają się zbyt daleko, że za bardzo pozbawiają rodziców tego, co było ich codziennością. Jechałam tak wspominając sobie, aż dojechałam do ulubionych stawów. Nikogo nie było. Żurawie się nie odzywały, może już odleciały, żaby też siedziały cicho. Odpoczęłam chwilkę i już ruszałam w drogę, kiedy zobaczyłam rowerzystę, z którym się mijałam jakieś 10 min. wcześniej. Podjechał do mnie, co mnie nie zachwyciło (słabyś, sam i w lesie). Zrobiłam mu zdjęcie, by w razie czego zidentyfikować i nim się zorientować dałam nogę ( a raczej koło) ku drodze. Nie jechał za mną. Fałszywy alarm. W Żakowie trafiłam na drogę, którą polecał mi internet. Chciałam się upewnić, że to właściwa. Starszy gość potwierdził, że dojedzie nią do Kiczek, ale uprzedził, że nie najlepsza, dużo piasku, lepiej dojechać do przystanku i tam skręcić w lewo, lepsza nawierzchnia, nawet kawałek asfaltu. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach. Bywa w Kołbieli na jarmarku. Może się zobaczymy. On niestety ma żonę, ale jak oczy nie widzą to i sercu nie żal... Oj, ci mężczyźni! Jechałam rozglądając się za tym przystankiem, ale jakoś nigdzie go nie widziałam, wreszcie zniecierpliwiona skręciłam w polną drogę. Może się obie spotkają? Droga weszła w las, piękna okolica, stare drzewa, miejscami można było jechać, miejscami trzeba było brnąć w piasku. Po drodze spytałam jakiejś kobiety z nożem czy dobrze jadę. Jak zawsze zdziwienie, że z tak daleka. Dojechałam do rozstajnych dróg. Na drzewach pojawił się szlak biało-zielony, ale czy idzie do Kiczek? Trudno wyczuć. W dużym gospodarstwie znów spytałam o drogę. Właścicielka, bardzo miła i wesoła osoba wyrysowała mi na piasku trasę. Sama jadę? Taki kawał? No tak, skoro sama mieszkam, nikt nie czeka... U niej zaraz będzie ruch jak wnuczęta wrócą ze szkoły! Ile krzyku, hałasu! Jej opis był bardzo dobry. Wkrótce ukazało się ogrodzenie wzdłuż którego miałam jechać, potem droga spadała w dół, potem ukazały się stare liściaste drzewa, zapewne stary dworski park. Tak. W parku nowy budynek a la dwór - dobrze jadę. Jedną drogą w prawo opuszczam, drugą drogę w prawo opuszczam, jest asfalt - na asfalt i w prawo, remiza, jest staw i widać wieżyczkę. Nad stawem stary młyn, szum spadającej wody. Niestety przez to błądzenie dużo czasu zeszło. Obejrzałam sobie kościółek ze wszystkich stron.
Każdy z moich rozmówców dziwił się, że jadę w powszedni dzień, kiedy nie ma mszy i nie mogę zobaczyć kościoła w środku. A to opis według strony parafialnej:
"Kościół z drewna o konstrukcji zrębowej wzmocnionej lisicami, na zewnątrz oszalowany otoczony kamiennym murem przechodzącym w bramę dzwonną, ceglaną /trzy wejścia, nad środkowym dwa dzwony/, obok kostnica z cegły. Nawa na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. W zakrystii od strony północnej strop oraz drzwi klasycystyczne z dekoracją z palmet / 1 ćw. XIX w/. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Wewnątrz sklepienie pozorne o łuku odcinkowym. Ściany i pułap dawniej polichromowany obecnie w kilku odcieniach bieli. Drewniane retabulum ołtarza głównego, zbudowane jednoosiowo z bramkami po bokach. Retabulum i ołtarz pomalowane na biało ze złoceniami /XVIII w./ Mensa spoczywa na esowato wygiętym antepedium. Nad mensą obraz "Święta Rodzina NMP" /restaurowany w 1916 r/. Ołtarze boczne, z roku 1901,utrzymane w stylu ołtarza głównego. W południowym obraz św. Mikołaja, w północnym obraz MB z Dzieciątkiem zamieniony w 1902r., na grotę MB z Lourdes. Obrazy na ścianach: obraz MB Częstochowskiej /1925 r./; obraz Bł. Jana Pawła II /2011 r./; obraz MB z Dzieciątkiem; obraz św. Teresy od Dz.J. /1937 r., papier za szkłem/; obraz św. Wincentego a Paulo; obraz Nawiedzenia /bardzo zniszczony/; obraz św. Cecylii; obraz św. Krzysztofa. Prospekt organowy sześciogłosowy ok., 1820 r.; Dwa konfesjonały z 1 poł. XIX w. W prezbiterium: 2 metrowy krucyfiks i drugi w zakrystii 50 cm – oba sztuka ludowa; krzyż procesyjny - złocone drewno; obraz Jezusa Miłosiernego i św. Faustyny /pocz., XXI w./. Na galerii kolekcja zabytkowych ornatów już bardzo nadwątlonych. Organy: zbudowane w 1820, a przebudowane w 1993. W całości dominuje barok, w odcieniach bieli i z licznymi złoceniami."
Wzdłuż placu przed kościołem ustawiono liczne figurki. Na pierwszy plan wysuwa się większa od innych zbudowana z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości 1918-1928.
Obok kościoła w organistówce jest muzeum parafialne. Niestety otwarte w niedzielę podczas mszy. Widać muszę przyjechać w niedzielę. Pijaczków pod sklepem pytam o drogę do Siennicy. Nie mam ochoty na tułanie się po lasach. Lubię pytać o drogę miejscowych pijaczków. Są tacy wylewni, prześcigają się w uprzejmości, gdyby mogli to by pewnie zaprowadzili, ale chód nie ten. Asfaltówka do Siennicy znakomita, wije się,drapie pod górę, to znów spada w dół. W Zglechowie mijam kaplicę Mariawitów, ale już nie oglądam, zrobiło się po południu. W Siennicy, którą z daleka zobaczyłam, piękną z czerwonym dachami i wieżą kościelną górującą nad nimi, robię krótki odpoczynek. Naskwerze dostrzegam kamień. Położono go w 480 rocznicę Siennicy z wdzieczności dla tych wszystkich, którzy ją kochali i pracowali dla niej. Bardzo ładne! Na poboczu dk 50 ujrzałam pasące się niefrasobliwie kury i nagle nawiedziła mnie wizja rosołku z kury, z dodatkiem tłustego szponderku, rosołku o pięknej złotej barwie, z licznymi oczkami pływającymi po powierzchni, domowych kluseczek w środku, posypanego zieloną pietruszeczką. Taki stężony zły cholesterol! W domu czekał na mnie garus (zupa z jabłek, śliwek i gruszek + cukier waniliowy, cynamon i imbir). Dodałam śmietany (w końcu przejechałam te 40 km!). Na drugie pęcak tonący w sosie z maślaczków. Też dobre!
W Majdanie rozglądałam się za ulami, które widziałam na początku lata, ale nie było ani śladu... Za zakrętem do Dłużewa na rozległych łąkach pasły się stada krów. Przy tym najbliższym siedziała długowłosa pasterka i coś sobie czytała. Z dworskiego parku wyszła kobieta z tekturową teczką pokrytą plamami farb. Pewnie malarka, przyjechała na plener do dworu. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją malować! Nie zazdroszczę nikomu pieniędzy, urody, stanowiska, tytułów, odznaczeń, ale zazdroszczę talentu malarskiego... Szczęściara widząc mój wzrok utkwiony w nią zmieszała się i ukłoniła. Widać myślała, że jestem kimś z tego ośrodka, a może przejęła miły obyczaj pozdrawiania napotkanych w drodze osób. Droga przez Dłużew i Wólkę Dłużewską jest właściwie nudna. Tyle razy tamtędy jechałam! Z tego domu wyjeżdżali kiedyś jacyś ludzie, kobieta i mężczyzna, kobieta wołała, że musi wrócić na drugą, potem umawiała się z sąsiadem z przeciwka. Z tamtego gospodarstwa po lewej wyjeżdżał wozem w pole mężczyzna, a wesoły mały piesek biegł przed wozem... Strzecha na starym, zabytkowym domu się zapadła... Na przeciw ktoś wystawiła wiadra na podwórko. Czy to ta starsza kobieta, która mnie kiedyś zawołała i opowiedziała historię swojego życia? Trochę się jej w głowie pomieszało. Twierdziła, że sąsiedzi wyprowadzili jej bydło, ukradli kury. Prawdopodobnie dzieci widząc jej stan zabrały inwentarz. Mogli jej zostawić chociaż psa, kota, albo parę kur. Miałaby trochę dawnego życia. Młodzi by mieć mniej kłopotu i ulżyć starym nie zdają sobie nieraz sprawy, że posuwają się zbyt daleko, że za bardzo pozbawiają rodziców tego, co było ich codziennością. Jechałam tak wspominając sobie, aż dojechałam do ulubionych stawów. Nikogo nie było. Żurawie się nie odzywały, może już odleciały, żaby też siedziały cicho. Odpoczęłam chwilkę i już ruszałam w drogę, kiedy zobaczyłam rowerzystę, z którym się mijałam jakieś 10 min. wcześniej. Podjechał do mnie, co mnie nie zachwyciło (słabyś, sam i w lesie). Zrobiłam mu zdjęcie, by w razie czego zidentyfikować i nim się zorientować dałam nogę ( a raczej koło) ku drodze. Nie jechał za mną. Fałszywy alarm. W Żakowie trafiłam na drogę, którą polecał mi internet. Chciałam się upewnić, że to właściwa. Starszy gość potwierdził, że dojedzie nią do Kiczek, ale uprzedził, że nie najlepsza, dużo piasku, lepiej dojechać do przystanku i tam skręcić w lewo, lepsza nawierzchnia, nawet kawałek asfaltu. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach. Bywa w Kołbieli na jarmarku. Może się zobaczymy. On niestety ma żonę, ale jak oczy nie widzą to i sercu nie żal... Oj, ci mężczyźni! Jechałam rozglądając się za tym przystankiem, ale jakoś nigdzie go nie widziałam, wreszcie zniecierpliwiona skręciłam w polną drogę. Może się obie spotkają? Droga weszła w las, piękna okolica, stare drzewa, miejscami można było jechać, miejscami trzeba było brnąć w piasku. Po drodze spytałam jakiejś kobiety z nożem czy dobrze jadę. Jak zawsze zdziwienie, że z tak daleka. Dojechałam do rozstajnych dróg. Na drzewach pojawił się szlak biało-zielony, ale czy idzie do Kiczek? Trudno wyczuć. W dużym gospodarstwie znów spytałam o drogę. Właścicielka, bardzo miła i wesoła osoba wyrysowała mi na piasku trasę. Sama jadę? Taki kawał? No tak, skoro sama mieszkam, nikt nie czeka... U niej zaraz będzie ruch jak wnuczęta wrócą ze szkoły! Ile krzyku, hałasu! Jej opis był bardzo dobry. Wkrótce ukazało się ogrodzenie wzdłuż którego miałam jechać, potem droga spadała w dół, potem ukazały się stare liściaste drzewa, zapewne stary dworski park. Tak. W parku nowy budynek a la dwór - dobrze jadę. Jedną drogą w prawo opuszczam, drugą drogę w prawo opuszczam, jest asfalt - na asfalt i w prawo, remiza, jest staw i widać wieżyczkę. Nad stawem stary młyn, szum spadającej wody. Niestety przez to błądzenie dużo czasu zeszło. Obejrzałam sobie kościółek ze wszystkich stron.
Każdy z moich rozmówców dziwił się, że jadę w powszedni dzień, kiedy nie ma mszy i nie mogę zobaczyć kościoła w środku. A to opis według strony parafialnej:
"Kościół z drewna o konstrukcji zrębowej wzmocnionej lisicami, na zewnątrz oszalowany otoczony kamiennym murem przechodzącym w bramę dzwonną, ceglaną /trzy wejścia, nad środkowym dwa dzwony/, obok kostnica z cegły. Nawa na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. W zakrystii od strony północnej strop oraz drzwi klasycystyczne z dekoracją z palmet / 1 ćw. XIX w/. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Wewnątrz sklepienie pozorne o łuku odcinkowym. Ściany i pułap dawniej polichromowany obecnie w kilku odcieniach bieli. Drewniane retabulum ołtarza głównego, zbudowane jednoosiowo z bramkami po bokach. Retabulum i ołtarz pomalowane na biało ze złoceniami /XVIII w./ Mensa spoczywa na esowato wygiętym antepedium. Nad mensą obraz "Święta Rodzina NMP" /restaurowany w 1916 r/. Ołtarze boczne, z roku 1901,utrzymane w stylu ołtarza głównego. W południowym obraz św. Mikołaja, w północnym obraz MB z Dzieciątkiem zamieniony w 1902r., na grotę MB z Lourdes. Obrazy na ścianach: obraz MB Częstochowskiej /1925 r./; obraz Bł. Jana Pawła II /2011 r./; obraz MB z Dzieciątkiem; obraz św. Teresy od Dz.J. /1937 r., papier za szkłem/; obraz św. Wincentego a Paulo; obraz Nawiedzenia /bardzo zniszczony/; obraz św. Cecylii; obraz św. Krzysztofa. Prospekt organowy sześciogłosowy ok., 1820 r.; Dwa konfesjonały z 1 poł. XIX w. W prezbiterium: 2 metrowy krucyfiks i drugi w zakrystii 50 cm – oba sztuka ludowa; krzyż procesyjny - złocone drewno; obraz Jezusa Miłosiernego i św. Faustyny /pocz., XXI w./. Na galerii kolekcja zabytkowych ornatów już bardzo nadwątlonych. Organy: zbudowane w 1820, a przebudowane w 1993. W całości dominuje barok, w odcieniach bieli i z licznymi złoceniami."
Wzdłuż placu przed kościołem ustawiono liczne figurki. Na pierwszy plan wysuwa się większa od innych zbudowana z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości 1918-1928.
Obok kościoła w organistówce jest muzeum parafialne. Niestety otwarte w niedzielę podczas mszy. Widać muszę przyjechać w niedzielę. Pijaczków pod sklepem pytam o drogę do Siennicy. Nie mam ochoty na tułanie się po lasach. Lubię pytać o drogę miejscowych pijaczków. Są tacy wylewni, prześcigają się w uprzejmości, gdyby mogli to by pewnie zaprowadzili, ale chód nie ten. Asfaltówka do Siennicy znakomita, wije się,drapie pod górę, to znów spada w dół. W Zglechowie mijam kaplicę Mariawitów, ale już nie oglądam, zrobiło się po południu. W Siennicy, którą z daleka zobaczyłam, piękną z czerwonym dachami i wieżą kościelną górującą nad nimi, robię krótki odpoczynek. Naskwerze dostrzegam kamień. Położono go w 480 rocznicę Siennicy z wdzieczności dla tych wszystkich, którzy ją kochali i pracowali dla niej. Bardzo ładne! Na poboczu dk 50 ujrzałam pasące się niefrasobliwie kury i nagle nawiedziła mnie wizja rosołku z kury, z dodatkiem tłustego szponderku, rosołku o pięknej złotej barwie, z licznymi oczkami pływającymi po powierzchni, domowych kluseczek w środku, posypanego zieloną pietruszeczką. Taki stężony zły cholesterol! W domu czekał na mnie garus (zupa z jabłek, śliwek i gruszek + cukier waniliowy, cynamon i imbir). Dodałam śmietany (w końcu przejechałam te 40 km!). Na drugie pęcak tonący w sosie z maślaczków. Też dobre!
wtorek, 2 czerwca 2015
Brak decyzji czyli Pogorzel po raz drugi
Właściwie zobaczyłam większość zabytków jakie są w tej okolicy w zasięgu 25 km. Drogi, które do nich wiodą już mi się nudzą. Właściwie powinnam jakoś przygotować samochód do przewiezienia roweru i rozpoczęcia wyprawy w dalsze strony. Wczorajszy poranek jakże inny był od ostatnich. Jakkolwiek rosa moczyła moje gumiaki powietrze bylo ciepłe i pachnące. Mogłam śmiało wyjść na spacer w piżamie. Psy szalały z radości. Po spacerze trzeba było jednak podjąć decyzję "co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem" jak mawiał wuj Adam Wawrausch. No, chyba Malcanów? Warto by zobaczyć te baseny - idzie lato. Po drodze można wpaść do izby regionalnej w Gliniance... Na powrocie zrobić zakupy... Podjechałam do gminy by zgłosić martwego psa, który już od trzech dni spoczywał na poboczu w drodze do Gadki. Rower szedł jakoś opornie. Z niechęcią pomyślałam o tych kilometrach, które mnie dzielą od Malcanowa. Robiło się gorąco. Dzień Dziecka... Pewnie wszędzie pełno dzieci pędzonych na wycieczkę. Może lepiej do Siennicy? Trochę mnie zniechęca droga, którą ostatnio wciąż jechały TIRy, lub co gorzej wywrotki z ziemią. Wiem! Dwór w Grzebowilku! Jeszcze tam mnie nie zagnało! Po kilometrze lub dwóch jakoś złapałam rytm. Rower sunął dzielnie, lekki wiaterek niósł maleńkie obłoczki. Szczęśliwie spotkałam zaledwie ze dwa większe samochody, kilka osobówek. Znów pobudowały się nowe domy i chyba jakieś zakłady produkcyjne. I znowu wokół śmieci po budowie jakby nie można było tego spakować do kontenera. Jak już ktoś ma pieniądze na inwestycje wynajęcie kontenera na jeden dzień nie jest aż takim wydatkiem! Miło było znaleźć się na bocznej drodze do Zalesia.
Przemknęłam przez Zalesie, wpadłam do Nowego Zalesia i dalej. Fajnie się jedzie jak się poznaje drogę, którą się kiedyś jechało! Aż tu po lewej cóż widzę: kozy - mama i dwoje koźląt.
A co tam dalej takiego dużego? Kozioł! Ale jaki! brązowy! Pomeczałam do nich. Jak zawsze zaczęły odpowiać. Ciekawe co im meczałam? Kozioł szczęśliwie był uwiązany. Szczerze podziwiałam jego urodę - czarną grzywę, długą brodę.
Zaczęłam robić zdjęcia. Chwilę pozował, a potem odwrócił się i odszedł o ile mu łańcuch pozwolił. Tył również imponujący.
Dopiero wtedy ujrzałam mężczyznę siedzącego w cieniu szopy. Głupio mi się zrobiło z powodu meczenia i rozmowy z kozłem na temat pozowania. Pewnie pomyślał, że jakaś wariatka. Porozmawialiśmy na temat kóz, koziego mleka i właścicielki tej męskiej piękności. Mieszkała obok w domu o intensywnej pomarańczowej barwie. Poczęstowała mnie zimnym kozim mlekiem. Dotąd nie jestem pewna, czy nie było podrasowane krowim. A może tak już się przyzwyczaiłam, że nie czuję różnicy? W każdym razie było pyszne i nasyciło mnie na długi czas! Po rozmowie nagle zrozumiałam, że wcale nie jadę do Grzebowilka tylko do Pogorzeli spotkać się z Kochaną Suczką i zobaczyć kapliczki, których zeszłym razem nie widziałam. Tuż za parkiem znajduje się kapliczka z pulchniutką Matką Boską (podobno z lat osiemdziesiątych XIX w.)
Żeby nie marnować czasu spytałam pewną panią czy jest tu jeszcze jakaś kapliczka. Opowiedziała mi szczegółowo o pracach nad ochroną kapliczki, zadaszeniu, mówiła długo i była szczęśliwa, że może udzielić informacji komuś, kto jedzie z tak daleka na rowerze. Kapliczka rzeczywiście śliczna, odnowiona i niestety zabezpieczona chyba pleksą przed zacinającym deszczem. Słońce blikowało, mało co było widać, co tu mówić o zdjęciu!
Postanowiłam podejść do ogrodzenia i od dołu zrobić zdjęcie. Stanęłam na płytkach cokoliku i... trach! coś tam pękło!
Pęknięcia tynku pokrywała warstwa świeżego cementu. Nie pamiętam czy poprzednim razem był na dachu blaszany kurek i anteny. Niestety anteny nie pozwalają na cieszenie się dachem, ale ludzie jakoś muszą żyć. A jak wygląda dwór w środku? Niestety można się tylko dowiedzieć z www.zabytkimazowsza:
"Początkowo dwór miał dach czterospadowy, nie miał balkonu, który dobudowano około 1900 roku oraz bocznej oranżerii. Opisując architekturę dworu można powiedzieć, że jest to budowla późnobarokowa. Wymurowany został z cegły i później otynkowany. Ma on plan prostokąta, jest parterowy z piętrową częścią środkową wysuniętą ryzalitowo od frontu i od ogrodu wraz z jednoosiowymi obustronnymi ryzalitami skrajnymi; jest podpiwniczony z mieszkalnym poddaszem, krytym dachem naczółkowym. Układ wnętrz jest dwurtaktowy. Sień występuje na osi prostokąta z dwiema klatkami schodowymi na piętro i do piwnicy. Salon jest obszerny ze ściętymi narożami. Piwnice dworu są sklepione kolebką koszową i kryte sklepieniem zwierciadlanym. Posadzki sieni wykonane są z czerwonego marmuru. Do dzisiejszych czasów zachował się kominek z XIX w pomieszczeniu na prawo od salonu. W XVIII w. była w nim kaplica o czym wspomina Michał Radziwiłł pod datą 17 sierpnia 1759 r. "Mszy Św w kaplicy słuchałem i obiad zjadłszy pożegnałem gospodarza"...
Smutno mi było, że Kochana Suczka mnie nie oprowadza. Czy aby nie zginęła - szosa tak blisko! Pochodziłam koło stawów. Gotowa byłam zrobić zdjęcie ulatującym znad wody kaczkom, ale ich też nie było...
Zjadłam kanapkę, popiłam wodę i ruszyłam w powrotną drogę. Chciałam jeszcze zrobić zdjęcie utopionego w bujnej trawie Lincolna na amerykańskich tablicach.Wtedy właśnie się zjawiła istota, o której poprzednio mówił tubylec, że pilnuje na co dzień. Złotousta w pierwszym rzędzie spytała co tam robię, na to nagle wyskoczyła Pani Domu, jeszcze tęższa niż poprzednio i kordialnie się ze mną przywitała.
Złotousta posłała mi tekst, który przewidziałam: Teren prywatny itd. Przepraszałam jak mogłam, byłam skruszona, chwaliłam piękno dworu, poczynione inwestycje, koszmar wydatków. Cień uśmiechu nie zagościł na ustach Złotoustej. Czasem bywa, że człowiek nie da rady trafić do drugiego i wszystko co mówi odbija się jak od rycerskiej tarczy. Odjechałam, czując, że Złotousta sprawdza, czy wszystkie lusterka w porzuconych lincolnach są, czy nie wybiłam szyb, czy nie ukradłam kosiarki, taczek i innego sprzętu. Ciekawe, czy właścicielka przyjeżdża w weekendy i czy jest tak niedostępna jak Złotousta Tarcza. Upał doskwierał. Przed trzecią byłam w domu. Całe pierzaste bractwo czekało na mnie z niecierpliwością. Ufff! jak gorąco!
Przemknęłam przez Zalesie, wpadłam do Nowego Zalesia i dalej. Fajnie się jedzie jak się poznaje drogę, którą się kiedyś jechało! Aż tu po lewej cóż widzę: kozy - mama i dwoje koźląt.
A co tam dalej takiego dużego? Kozioł! Ale jaki! brązowy! Pomeczałam do nich. Jak zawsze zaczęły odpowiać. Ciekawe co im meczałam? Kozioł szczęśliwie był uwiązany. Szczerze podziwiałam jego urodę - czarną grzywę, długą brodę.
Zaczęłam robić zdjęcia. Chwilę pozował, a potem odwrócił się i odszedł o ile mu łańcuch pozwolił. Tył również imponujący.
Dopiero wtedy ujrzałam mężczyznę siedzącego w cieniu szopy. Głupio mi się zrobiło z powodu meczenia i rozmowy z kozłem na temat pozowania. Pewnie pomyślał, że jakaś wariatka. Porozmawialiśmy na temat kóz, koziego mleka i właścicielki tej męskiej piękności. Mieszkała obok w domu o intensywnej pomarańczowej barwie. Poczęstowała mnie zimnym kozim mlekiem. Dotąd nie jestem pewna, czy nie było podrasowane krowim. A może tak już się przyzwyczaiłam, że nie czuję różnicy? W każdym razie było pyszne i nasyciło mnie na długi czas! Po rozmowie nagle zrozumiałam, że wcale nie jadę do Grzebowilka tylko do Pogorzeli spotkać się z Kochaną Suczką i zobaczyć kapliczki, których zeszłym razem nie widziałam. Tuż za parkiem znajduje się kapliczka z pulchniutką Matką Boską (podobno z lat osiemdziesiątych XIX w.)
Żeby nie marnować czasu spytałam pewną panią czy jest tu jeszcze jakaś kapliczka. Opowiedziała mi szczegółowo o pracach nad ochroną kapliczki, zadaszeniu, mówiła długo i była szczęśliwa, że może udzielić informacji komuś, kto jedzie z tak daleka na rowerze. Kapliczka rzeczywiście śliczna, odnowiona i niestety zabezpieczona chyba pleksą przed zacinającym deszczem. Słońce blikowało, mało co było widać, co tu mówić o zdjęciu!
Postanowiłam podejść do ogrodzenia i od dołu zrobić zdjęcie. Stanęłam na płytkach cokoliku i... trach! coś tam pękło!
Tron Łaski
Ale tak na oko nie widać. Taki już mój los niszczycielski. Stanął mi w oczach hotel koło Ravenny, marmurowy parapet i ucieczka z hotelu. Utrwaliłam kapliczkę i zawróciłam do dworu. Brama nadal była otwarta na oścież. Pani Domu nie było widać, nikt się nie kręcił. Niedawno pokoszono trawy. Zamontowano nową stolarkę okienną i nowe drzwi.Pęknięcia tynku pokrywała warstwa świeżego cementu. Nie pamiętam czy poprzednim razem był na dachu blaszany kurek i anteny. Niestety anteny nie pozwalają na cieszenie się dachem, ale ludzie jakoś muszą żyć. A jak wygląda dwór w środku? Niestety można się tylko dowiedzieć z www.zabytkimazowsza:
"Początkowo dwór miał dach czterospadowy, nie miał balkonu, który dobudowano około 1900 roku oraz bocznej oranżerii. Opisując architekturę dworu można powiedzieć, że jest to budowla późnobarokowa. Wymurowany został z cegły i później otynkowany. Ma on plan prostokąta, jest parterowy z piętrową częścią środkową wysuniętą ryzalitowo od frontu i od ogrodu wraz z jednoosiowymi obustronnymi ryzalitami skrajnymi; jest podpiwniczony z mieszkalnym poddaszem, krytym dachem naczółkowym. Układ wnętrz jest dwurtaktowy. Sień występuje na osi prostokąta z dwiema klatkami schodowymi na piętro i do piwnicy. Salon jest obszerny ze ściętymi narożami. Piwnice dworu są sklepione kolebką koszową i kryte sklepieniem zwierciadlanym. Posadzki sieni wykonane są z czerwonego marmuru. Do dzisiejszych czasów zachował się kominek z XIX w pomieszczeniu na prawo od salonu. W XVIII w. była w nim kaplica o czym wspomina Michał Radziwiłł pod datą 17 sierpnia 1759 r. "Mszy Św w kaplicy słuchałem i obiad zjadłszy pożegnałem gospodarza"...
Smutno mi było, że Kochana Suczka mnie nie oprowadza. Czy aby nie zginęła - szosa tak blisko! Pochodziłam koło stawów. Gotowa byłam zrobić zdjęcie ulatującym znad wody kaczkom, ale ich też nie było...
Zjadłam kanapkę, popiłam wodę i ruszyłam w powrotną drogę. Chciałam jeszcze zrobić zdjęcie utopionego w bujnej trawie Lincolna na amerykańskich tablicach.Wtedy właśnie się zjawiła istota, o której poprzednio mówił tubylec, że pilnuje na co dzień. Złotousta w pierwszym rzędzie spytała co tam robię, na to nagle wyskoczyła Pani Domu, jeszcze tęższa niż poprzednio i kordialnie się ze mną przywitała.
Złotousta posłała mi tekst, który przewidziałam: Teren prywatny itd. Przepraszałam jak mogłam, byłam skruszona, chwaliłam piękno dworu, poczynione inwestycje, koszmar wydatków. Cień uśmiechu nie zagościł na ustach Złotoustej. Czasem bywa, że człowiek nie da rady trafić do drugiego i wszystko co mówi odbija się jak od rycerskiej tarczy. Odjechałam, czując, że Złotousta sprawdza, czy wszystkie lusterka w porzuconych lincolnach są, czy nie wybiłam szyb, czy nie ukradłam kosiarki, taczek i innego sprzętu. Ciekawe, czy właścicielka przyjeżdża w weekendy i czy jest tak niedostępna jak Złotousta Tarcza. Upał doskwierał. Przed trzecią byłam w domu. Całe pierzaste bractwo czekało na mnie z niecierpliwością. Ufff! jak gorąco!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























































