Już nie wiem kto spytał mnie czy byłam w Kiczkach, że warto, że ładny drewniany kościółek. Czemu nie? Wprawdzie dziś rano było trochę zimno i wietrznie, ale w końcu lepiej zimno niż za gorąco. Tego lata nie dało się nigdzie jeździć przez te upały. Sprawdziłam drogę w internecie. Lubię wiedzieć jakie są podjazdy, zjazdy i ile kilometrów. Po drodze w Gadce kupiłam sobie długą bułkę, trochę tyrolskiej i wodę. Wiatr trochę przeszkadzał, ale skoro się zdecydowałam, to nie było sensu zawracać. Wszędzie pustki. Letnicy powyjeżdżali. W Sufczynie spotkałam trzy rowerzystki jadące w przeciwnym kierunku, wszystkie starsze panie; pewnie pozostały w Radachówce i będą do pierwszych przymrozków. Z daleka ujrzałam, że w kościółku jest otwarte okienko. Przed bramką stał czerwony fiacik z rejestracją garwolińską, furtka i wejście do kościoła były otwarte. Ale okazja! nie muszę jechać na mszę by zobaczyć wnętrze. W środku usłyszałam muzykę ktoś grał na organach. Nie powiem co, bo się nie znam, ale bardzo lubię organy.
W Majdanie rozglądałam się za ulami, które widziałam na początku lata, ale nie było ani śladu... Za zakrętem do Dłużewa na rozległych łąkach pasły się stada krów. Przy tym najbliższym siedziała długowłosa pasterka i coś sobie czytała.
Z dworskiego parku wyszła kobieta z tekturową teczką pokrytą plamami farb. Pewnie malarka, przyjechała na plener do dworu. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją malować! Nie zazdroszczę nikomu pieniędzy, urody, stanowiska, tytułów, odznaczeń, ale zazdroszczę talentu malarskiego... Szczęściara widząc mój wzrok utkwiony w nią zmieszała się i ukłoniła. Widać myślała, że jestem kimś z tego ośrodka, a może przejęła miły obyczaj pozdrawiania napotkanych w drodze osób. Droga przez Dłużew i Wólkę Dłużewską jest właściwie nudna. Tyle razy tamtędy jechałam! Z tego domu wyjeżdżali kiedyś jacyś ludzie, kobieta i mężczyzna, kobieta wołała, że musi wrócić na drugą, potem umawiała się z sąsiadem z przeciwka. Z tamtego gospodarstwa po lewej wyjeżdżał wozem w pole mężczyzna, a wesoły mały piesek biegł przed wozem... Strzecha na starym, zabytkowym domu się zapadła... Na przeciw ktoś wystawiła wiadra na podwórko. Czy to ta starsza kobieta, która mnie kiedyś zawołała i opowiedziała historię swojego życia? Trochę się jej w głowie pomieszało. Twierdziła, że sąsiedzi wyprowadzili jej bydło, ukradli kury. Prawdopodobnie dzieci widząc jej stan zabrały inwentarz. Mogli jej zostawić chociaż psa, kota, albo parę kur. Miałaby trochę dawnego życia. Młodzi by mieć mniej kłopotu i ulżyć starym nie zdają sobie nieraz sprawy, że posuwają się zbyt daleko, że za bardzo pozbawiają rodziców tego, co było ich codziennością. Jechałam tak wspominając sobie, aż dojechałam do ulubionych stawów. Nikogo nie było. Żurawie się nie odzywały, może już odleciały, żaby też siedziały cicho. Odpoczęłam chwilkę i już ruszałam w drogę, kiedy zobaczyłam rowerzystę, z którym się mijałam jakieś 10 min. wcześniej. Podjechał do mnie, co mnie nie zachwyciło (słabyś, sam i w lesie). Zrobiłam mu zdjęcie, by w razie czego zidentyfikować i nim się zorientować dałam nogę ( a raczej koło) ku drodze. Nie jechał za mną. Fałszywy alarm. W Żakowie trafiłam na drogę, którą polecał mi internet. Chciałam się upewnić, że to właściwa. Starszy gość potwierdził, że dojedzie nią do Kiczek, ale uprzedził, że nie najlepsza, dużo piasku, lepiej dojechać do przystanku i tam skręcić w lewo, lepsza nawierzchnia, nawet kawałek asfaltu. Pogadaliśmy sobie o różnych sprawach. Bywa w Kołbieli na jarmarku. Może się zobaczymy. On niestety ma żonę, ale jak oczy nie widzą to i sercu nie żal... Oj, ci mężczyźni! Jechałam rozglądając się za tym przystankiem, ale jakoś nigdzie go nie widziałam, wreszcie zniecierpliwiona skręciłam w polną drogę. Może się obie spotkają? Droga weszła w las, piękna okolica, stare drzewa, miejscami można było jechać, miejscami trzeba było brnąć w piasku. Po drodze spytałam jakiejś kobiety z nożem czy dobrze jadę. Jak zawsze zdziwienie, że z tak daleka. Dojechałam do rozstajnych dróg. Na drzewach pojawił się szlak biało-zielony, ale czy idzie do Kiczek? Trudno wyczuć. W dużym gospodarstwie znów spytałam o drogę. Właścicielka, bardzo miła i wesoła osoba wyrysowała mi na piasku trasę. Sama jadę? Taki kawał? No tak, skoro sama mieszkam, nikt nie czeka... U niej zaraz będzie ruch jak wnuczęta wrócą ze szkoły! Ile krzyku, hałasu! Jej opis był bardzo dobry. Wkrótce ukazało się ogrodzenie wzdłuż którego miałam jechać, potem droga spadała w dół, potem ukazały się stare liściaste drzewa, zapewne stary dworski park. Tak. W parku nowy budynek a la dwór - dobrze jadę. Jedną drogą w prawo opuszczam, drugą drogę w prawo opuszczam, jest asfalt - na asfalt i w prawo, remiza, jest staw i widać wieżyczkę. Nad stawem stary młyn, szum spadającej wody. Niestety przez to błądzenie dużo czasu zeszło. Obejrzałam sobie kościółek ze wszystkich stron.
Każdy z moich rozmówców dziwił się, że jadę w powszedni dzień, kiedy nie ma mszy i nie mogę zobaczyć kościoła w środku. A to opis według strony parafialnej:
"Kościół z drewna o konstrukcji zrębowej wzmocnionej lisicami, na zewnątrz oszalowany otoczony kamiennym murem przechodzącym w bramę dzwonną, ceglaną /trzy wejścia, nad środkowym dwa dzwony/, obok kostnica z cegły. Nawa na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. W zakrystii od strony północnej strop oraz drzwi klasycystyczne z dekoracją z palmet / 1 ćw. XIX w/. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Wewnątrz sklepienie pozorne o łuku odcinkowym. Ściany i pułap dawniej polichromowany obecnie w kilku odcieniach bieli. Drewniane retabulum ołtarza głównego, zbudowane jednoosiowo z bramkami po bokach. Retabulum i ołtarz pomalowane na biało ze złoceniami /XVIII w./ Mensa spoczywa na esowato wygiętym antepedium. Nad mensą obraz "Święta Rodzina NMP" /restaurowany w 1916 r/. Ołtarze boczne, z roku 1901,utrzymane w stylu ołtarza głównego. W południowym obraz św. Mikołaja, w północnym obraz MB z Dzieciątkiem zamieniony w 1902r., na grotę MB z Lourdes. Obrazy na ścianach: obraz MB Częstochowskiej /1925 r./; obraz Bł. Jana Pawła II /2011 r./; obraz MB z Dzieciątkiem; obraz św. Teresy od Dz.J. /1937 r., papier za szkłem/; obraz św. Wincentego a Paulo; obraz Nawiedzenia /bardzo zniszczony/; obraz św. Cecylii; obraz św. Krzysztofa. Prospekt organowy sześciogłosowy ok., 1820 r.; Dwa konfesjonały z 1 poł. XIX w. W prezbiterium: 2 metrowy krucyfiks i drugi w zakrystii 50 cm – oba sztuka ludowa; krzyż procesyjny - złocone drewno; obraz Jezusa Miłosiernego i św. Faustyny /pocz., XXI w./. Na galerii kolekcja zabytkowych ornatów już bardzo nadwątlonych. Organy: zbudowane w 1820, a przebudowane w 1993. W całości dominuje barok, w odcieniach bieli i z licznymi złoceniami."
Wzdłuż placu przed kościołem ustawiono liczne figurki. Na pierwszy plan wysuwa się większa od innych zbudowana z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości 1918-1928.
Obok kościoła w organistówce jest muzeum parafialne. Niestety otwarte w niedzielę podczas mszy. Widać muszę przyjechać w niedzielę. Pijaczków pod sklepem pytam o drogę do Siennicy. Nie mam ochoty na tułanie się po lasach. Lubię pytać o drogę miejscowych pijaczków. Są tacy wylewni, prześcigają się w uprzejmości, gdyby mogli to by pewnie zaprowadzili, ale chód nie ten. Asfaltówka do Siennicy znakomita, wije się,drapie pod górę, to znów spada w dół. W Zglechowie mijam kaplicę Mariawitów, ale już nie oglądam, zrobiło się po południu. W Siennicy, którą z daleka zobaczyłam, piękną z czerwonym dachami i wieżą kościelną górującą nad nimi, robię krótki odpoczynek. Naskwerze dostrzegam kamień. Położono go w 480 rocznicę Siennicy z wdzieczności dla tych wszystkich, którzy ją kochali i pracowali dla niej. Bardzo ładne! Na poboczu dk 50 ujrzałam pasące się niefrasobliwie kury i nagle nawiedziła mnie wizja rosołku z kury, z dodatkiem tłustego szponderku, rosołku o pięknej złotej barwie, z licznymi oczkami pływającymi po powierzchni, domowych kluseczek w środku, posypanego zieloną pietruszeczką. Taki stężony zły cholesterol! W domu czekał na mnie garus (zupa z jabłek, śliwek i gruszek + cukier waniliowy, cynamon i imbir). Dodałam śmietany (w końcu przejechałam te 40 km!). Na drugie pęcak tonący w sosie z maślaczków. Też dobre!









