niedziela, 10 maja 2015

Ponurzyca

                                                      

Bardzo lubię mapy. Jak tylko gdzieś przyjeżdżam natychmiast kupuję mapę okolicy, by wiedzieć gdzie co leży, co warto zobaczyć. Tak długo je oglądam, że w głowie tworzy mi się coś w rodzaju mapy. Potem chodzę, jeżdżę oglądam, teraz kiedy mam dobrą komórkę robię zdjęcia, lub filmiki. W jakiejś księgarni zauważyłam mapę: Weekend w okolicach Warszawy : mapa samochodowo-krajoznawcza. Nie jestem fanką zwiedzania samochodem, ale czasami to jedyne wyjście. Oprócz mapy z zaznaczonymi ciekawymi miejscami i króciutkim opisem miejscowości ma także propozycję kilku tras. Choć wydana w 2005 r. służy mi do dziś, lekko zmasakrowana, jakkolwiek staram się ją oszczędzać. Kiedy dotarłam w te okolice z nią zaczęłam zwiedzanie. Na zielonej połaci znalazłam nazwę, która mnie zafascynowała: Ponurzyca. Co za ciekawa nazwa! Jakie pole do wyobraźni. Małe literki, a więc dziura, obok listki, a więc przyroda, jakiś Czarci Dół niedaleko. Droga zaznaczona jakby przez grzeczność, właściwie sugeruje, że jak komuś szkoda samochodu, to lepiej niech się zastanowi. Pewnego letniego dnia wyruszyłam planując dotarcie przez Zabieżki. Od nas droga do Zabieżek prosta, ze 2 km dk 17, może trochę nieprzyjemnie, bo duży ruch i odcinek pełen krzyży i resztek rozbitych samochodów, trochę pod górę i skręt w stronę Kątów. Kiedyś rosły tu wspaniałe stare topole, ale nowemu nabywcy bardzo przeszkadzały i widocznie dysponował odpowiednimi funduszami by ściąć. Teraz ma olbrzymiasty dom, prawdopodobnie na zajazd, ale nic tam nie rośnie godnego uwagi i nic się nie dzieje. Potem jazda niezbyt dobrym asfaltem, przejazd przez tory kolejowe. Drogi rozchodzą się przy kościele. Część idzie w pola, część w las. Tubylcy wskazali mi drogę do Ponurzycy i ruszyłam. Deszczu od dawna nie było, drogę wypełniał sypki piasek. Nie było mowy o jeździe rowerem, stopy tonęły po kostki w pyle. Uszłam tak chyba z kilometr i nic nie wskazywało, że będzie lepiej. Wokół rozpościerały się pola dojrzałych, prawie czarnych borówek, wszędzie kucały kobiety i wraz z dzieciarnią zbierały (pewnie na handel). Doszłam do wniosku, że nie ma co dalej się w ten upał mordować i jak niepyszna wróciłam do domu.

Rok temu, w maju, wybrałam się na przejażdżkę. Nie miałam specjalnych planów. Ot, tak, żeby w domu nie siedzieć. Właśnie mijało pół roku od śmierci Zbyszka... Przez pola i Człekówkę dojechałam do Karpisk, skręciłam w lewo w Lotników, przecięłam tory kolejowe. Ulica po prawej prowadziła do lasu i do dk 50. Będzie ciężko przejść przez szosę, nie skorzystam! Postanowiłam jechać dalej. Przystanęłam w miejscu gdzie na głazach wyryto historię tego miejsca: Nocą 13 marca 1943 r. polska załoga 138 specjalnego dywizjonu RAF w ramach operacji "Stock" ze samolotu Halifax DT 726 H zrzuciła pojemniki z bronią, amunicą i materiałami do sabotażu. Przybyli też cichociemni między nimi Kazimierz Iranek-Osmecki.
Zawsze tu staję, patrzę na pola i wyobrażam sobie tę noc, rząd pochodni nagle zapalonych i prawie zaraz wygaszonych, szepty, głosy, szmery, dźwięk samolotu, który nabiera szybkości i znów cisza, spokój, puste wilgotne i szare łąki. Czarny, a może posrebrzony śniegiem las.
Wyboistą drogą wjechałam do lasu, który w pokrywał się świeżymi listkami. Droga była puściuteńka. Nie wiedziałam dokąd droga prowadzi (mapy nie wzięłam, bo nigdzie się nie wybierałam). Podskakując na wybojach podążałam w nieznane. Towarzyszył mi szlak turystyczny - ciekawe jak często pojawiają się znaki kiedy droga nie budzi wątpliwości, a jak trudno je znaleźć na rozstajnych drogach wśród lasu, czy w górach w kosodrzewinie. Las i las, a w lesie migotała woda, cieniutkie drzewka wyrastały z mokradeł, białe drobne kwiatuszki kwitły na bagnach. Kiedy na dobre wyjechałam z lasu otworzył się przede mną widok na polanę, na której to tu to tam rosły domki.



Trudno powiedzieć, że się wznosiły tak bardzo były osadzone w zieleni, w błękicie i słońcu. Uporczywie pracowała piła. Wykańczano dom i olbrzymią altanę; prawdopodobnie agroturystyka, obok w zagrodzie pasły się konie. Na pięknym domku widniała tabliczka "Ponurzyca 3". Tak więc nieoczekiwanie spełniłam swoje marzenie dotarcia do Ponurzycy! Gospodarstwa w Ponurzycy rozrzucone są na wzgórzach wśród łąk poprzecinanych siecią polnych dróg ciągnących się w różnych kierunkach i znikających w lasach. Lasy otaczają Ponurzycę ze wszystkich stron pierścieniem szerokim na 2, 3 kilometry. Pełno tu starych jabłoni rozchylonych jak fontanny na wszystkie strony.
I pomyśleć, że zaledwie kilka kilometrów od niej ciągną się sady jabłoni okaleczonych przez człowieka, niskich, przypominających wachlarz, by było wygodnie zrywać owoce. Na przydrożnych drzewach zawieszone są liczne kapliczki, święte obrazki, a krzyż na górce stoi w cieniu lip.
Jak się uchowały? Dziś wszędzie kapliczki zdobią obcymi nam tujami, iglakami. Kto dziś sadzi lipy? Kiedyś nierozerwalnie związane z kościołami, dziś idą w zapomnienie... Pod jakim drzewem teraz by usiadł Kochanowski? Jest tu i przystanek autobusowy. Wisi na nim bardzo szczegółowy rozkład jazdy: Odjazd do Celestynowa o 7, powrót o 11. Maj - 15, lepiej było w lutym i marcu - 6, 20. Autobus idzie raz, albo dwa razy w miesiącu, pewnie na targ w Celestynowie. Sklepu nigdzie nie wiedziałam. Pewnie raz w tygodniu przyjeżdża handel obwoźny. Czy to nie cudowne miejsce? Idealne dla kogoś, kto chce się wyluzować! Ponurzyca mnie ciągnie, widać tutejsze duchy rzuciły na mnie urok. Byłam już trzy razy. Za drugim razem przejechałam na przestrzał, na górę, gdzie obok krzyża są rozstajne drogi, chyba wszystkie prowadzą do drogi 862, tylko wpadają w innym jej punkcie. Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać i czy w ogóle zjeżdżać w dół w tamtym kierunku. Zawróciłam i schodziłam prowadząc rower, nagle patrzę - a na drodze leży wąż! Złapałam komórkę, przynajmniej raz się nie zgapiłam! Pstryk!

Biedny zaskroniec, można by rzec skoczył na równe nogi, miotnął się raz i drugi w stronę zarośli i dobrze, bo w tym momencie przeleciał drogą samochód, on by się tak nie skradał wolniutko jak ja. Oboje mieliśmy szczęście - on, że przeżył, ja bo mam zdjęcie! Tego dnia spotkałam również turystę, wędrowca. Szedł do Chrosny. Też sobie pstrykał, tylko miał aparat. Wskazał mi drogę na Zabieżki. Wyglądało na to, że pokonam tę trasę w odwrotnym kierunku niż kiedyś mi się marzyło. Obszczekały mnie wszystkie okoliczne psy zanim dotarłam do lasu. I tu historia się powtórzyła. Kopny piasek! Po kilkuset metrach dałam sobie spokój. Jedyne co mogło mi się udać, to nadwerężyć biedne kolana, a potem nie spać z bólu przez kilka najbliższych nocy. Wątpliwa przyjemność!

W tym tygodniu znów znalazłam się w Zabieżkach z rozterką: droga w kierunku do Ponurzycy, czy do Jaźwin. Podobnie jak żeglarze nie wpisałam w sobie w plan celu podróży, żeby nie zapeszyć. Poprzedniego dnia przeszły ulewy i droga obok mojego domu nadawała się do jazdy rowerem, co dobrze wróżyło. Drogi przez las mogły być przejezdne. Z początku były pewne trudności, miłośnicy quadów niestety rujnują drogi ziemne. Szczęściem nie jechali daleko. Trafiłam na rezerwat Szerokie Bagno i poznałam raj borówkowy z pierwszej jazdy. Znaczy poruszałam się we właściwym kierunku. Jaki piękny las! Nikogutko! Wzgórza i doliny, a to las bez poszycia a kawałek dalej gąszcz z bujną zielenią, pewnie bagno. Ptaki, śpiew, stukanie, furkot skrzydeł. Ze dwa razy odstawiałam rower i wdrapywałam się na szczyt. Ze szczytu było widać las...

A mnie się wciąż marzy zobaczyć ze szczytu góry, prawdziwe, skaliste... W bok odbiegały inne drogi, ale starałam się trzymać jednej (to dla mnie wielka trudność, mam tendencję do zbaczania, każda droga wzbudza moją ciekawość). Po obu stronach zaczęła się bujna roślinność, a na drodze ślady. Czyje?
Na pewno ani konia, ani krowy, ani sarny. Jelenie czy dziki? Odbita ratka, czy parzyste kopyto? Jak na łosia to chyba za płytkie. A obok tych dużych maleńkie. Kiedyś na swej drodze spotkałam dzika. Dałam dyla ile rower wyciśnie. Dzik zresztą też wiał ile sił. Ale jeśli to pani Locha? To by nie było miłe. Przecież wszelkie gadanie "ja i ty jesteśmy jednej krwi" by jej nie trafiło do przekonania. Że nie jem dziczyzny? Też na nic. Robiłam hałas i wolno posuwałam się naprzód by zwierzątka nie zaskoczyć. W końcu ślady przeniosły się z drogi w las. Pojechałam. Prawie zaraz las się przerzedził i poznałam zabudowania Ponurzycy.
Tonęła w kwiatach jabłoni i grusz, no i w pięknym słońcu. Zrobiło się popołudnie. Nie było sensu jechać dalej w kierunku Podbieli. Przez Karpiska wróciłam do chałupy.

sobota, 9 maja 2015

Do Glinianki

Silne wichury, które przez kilkanaście dni nas nękały ulewami, gradem i śniegiem z deszczem, nieco osłabły. Chmury kryjące niebo zaczęły się rozstępować i w tym tygodniu nastał pierwszy dość ciepły i słoneczny dzień. Główka w ubiegły czwartek przy ważeniu owsa zachwalał mi kościółek w Gliniance. Po powrocie do domu zajrzałam do internetu. Parafia nieco młodsza od kołbielskiej, zresztą z niej została wyłoniona, kościółek drewniany, o wiele starszy od naszego. Gra w filmie "Ojciec Mateusz". Nie mogłam się doczekać lepszej pogody. We wtorek doszłam do wniosku, że chyba można jechać. Wpadłam w Kołbieli do Klocha, kupiłam francuskie ze serem, piękną kość dla psów i ruszyłam w drogę. Chmury na północnym zachodzie trochę mnie niepokoiły i nawet przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy nie zawrócić. Minęłam targowisko i wjechałam w las na drogę do Borkowa. Droga tu nieszczególna. Wprawdzie jest asfalt, ale powybijane dziury i to nie z tej zimy. Korzenie drzew chcą się przebić pod nawierzchnią i od czasu do czasu tworzy się fala. Rower podskakuje i jadąc z góry trzeba uważać, by na takiej skoczni nie wylecieć za daleko. Po jakichś 100, czy dwustu metrach droga wznosi się w górę. Nie sądzę by była wyższa niż ta przy rondzie, ale jakoś ciężko mi się na nią wjeżdża. Może to sprawa nawierzchni? Za to zjazd jest długi, bo teren zmierza w stronę doliny wyrzeźbionej przez Świder.
Po drodze wśród lasu widać domy "warszawiaków". Nawiasem mówiąc ciekawa mentalność: kupują działkę w lesie, bo chcą mieć domek w lesie. Potem wycinają wszystkie leśne drzewa by posadzić jakieś dziwolągi, zwożą ziemię, żeby posiać trawę zamiast tej pięknej, długiej jaka rośnie w sosnowych lasach. Oczywiście cały czas jeśli są na działce podlewają, koszą, podlewają, koszą. Gdyby zostawili sosny i trawę nie mieliby nic do roboty, bo sama natura świetnie to reguluje. W Borkowie po lewej wznosi się dom góralski, trochę śmieszne, że ktoś tu coś tak obcego stawiał. Drugi cudak jest blisko zakrętu - za szarym murem (jak pozwolili na lity mur?) wznosi się budynek równie szary i smutny. Nazywam tą posesję psim cmentarzem. W mur powinny być wbudowane urny z prochami ukochanych piesków.
Kilkanaście metrów od psiego cmentarza asfalt kończy się rozstajem dróg. Prosto droga prowadzi do Rudzienka, w prawo do Rudna, a w lewo do Sępochowa. Wybieram drogę na Sępochów. Trochę trudno jechać, bo piasek głęboki po pracach przy wodociągach. Na szczęście krótki odcinek. Droga skręca. Wokół równina pełna zarośli wskazujących na bagna. W zeszłym roku słyszałam tu daleki klangor żurawi. Mają na bagnach swe gniazda. Dojechałam do mostów: są dwa w niewielkiej odległości. Nie wiem czy Świder się tu rozgałęzia, czy też aż tak strasznie kręci. Zaczyna się Sępochów. Lubię ten odcinek drogi, zarośla nad rzeką, wieś blisko brzegów, trochę jak Raba, trochę jak Zielonki... W Sępochowie jest kawałek asfaltu, można trochę przyśpieszyć.
Zaczyna się Dąbrówka, kończy dobra droga. Po lewej stadnina, pastwiska ogrodzone elektrycznymi pastuchami, place maneżowe, przeszkody, po prawej wydłubali ziemię by zrobić stawy. Wszędzie robią stawy, taka moda. Ciekawam, czy to dobrze dla stosunków wodnych w okolicy, czy nie spowoduje strat w przyrodzie. Czy ktoś nad tym czuwa, czy też wydają pozwolenia, bo "warszawiak" się stawia. Znów trochę domów wśród lasku, za ogrodzeniami, potężne szczekania. Chwała Bogu, duże psy nie są zbyt skoczne, bo nie wiem co by ze mnie zostało. - Rozpoznaję oczko wodne widziane w zeszłym roku. Wtedy pora była wcześniejsza. Wodę pokrywał lód, brzegi zlodowaciały śnieg. Teraz wśród trzcin, kosmatych pałek, rozbrzmiewa rechot żab.
Słońce lśni. Ktoś nad brzegiem posadził wierzbę, zabezpieczył palikami. Na wietrze drżą drobniutkie, seledynowe listeczki. Zapewne ktoś inny rzucił butelkę po piwie i mniejszą po wódce. Każdy w czym innymi widzi piękno... Po krótkiej przerwie ruszam i dojeżdżam do skrzyżowania - Siwianka. W zeszłym roku skręciłam, by dostać się do dk 17. Do Glinianki prosto. Droga powinna doprowadzić do Świdra, a potem most, szkoła. Z daleka słyszę narastający szum, gdzieś musi być wodospad. Mijam domostwo, słychać już nie szum lecz niemal łoskot. Świder. I nagle staję absolutnie oczarowana. Dawno nie widziałam tak pięknego miejsca. Dawniej był pewnie młyn. Nad wodospadem wznosi się dośc długi most, biała woda z hukiem leci w dół, rozbija się tworząc mnóstwo piany płynącej szerokim rozlewiskiem po bystrzynach, które tworzą się w wielu miejscach szerokiej w tym miejscu rzeki, wysokie zalesione wzgórze zagradza jej drogę i nurt musi nagle skręcić raz i chyba jeszcze raz okrążając wzniesienie.




Weszłam na most i aż mi się w głowie zaczęło kręcić od tego huku i pędu w dół. Po drugiej stronie mostu niby spokojna zielonkawa toń, ale pewnie tam dopiero porywa prąd! Niesamowite! Miałam ochotę zatrzymać się na chwilę, ale zajechało autko i kilku młodych ludzi wysiadło. Oni też zamierzali się nacieszyć wiosną, ciepłem, rzeką. Zrobiłam kilka zdjęć i filmiki i ruszyłam w dalszą drogę. Polna droga zaprowadziła mnie w pobliże świeżo postawionych domostw. Czarnówka. Pogadałam chwilkę z młodym człowiekiem, który ścinał samosiejki. Pochwaliłam piękno okolicy, a on potwierdził, że idę dobrą drogą do Glinianki. Świder to podpływał, to się oddalał, kaczeńce rozkwitły na mokradłach, a w gajach pojawiły się fiołki. Znów skupisko domów tym razem się nazywało Akacjowa. Nie widziałam tam żadnej akacji, a szkoda! przepadam za miodem akacjowym, za jego delikatnym smakiem i jaśniuteńkim kolorem. Akacjowa doprowadziła mnie do drogi z mostem i widokiem na olbrzymią szkołę. Według mojego rozeznania kościół miał być tuż, tuż. Skręciłam w prawo, za szkołą w lewo w ulicę Napoleońską (swoją drogą w okolicach Warszawy bardzo popularna nazwa). Kościół "odkrył się" prawie natychmiast.
Maleńki, za nim dzwonnica, wszystko otoczone płotem, zielenią i kwiatami. Brudny przystanek, jakiś kramik z warzywami, sklepik dopełniały rynku. Skręciłam w Wawrzyniecką i dotarłam do furtki kościelnej. W dawnych czasach wieś, a właściwie miasteczko nazywało się Wawrzyńczewem na cześć właściciela Wawrzyńca Dobrzynieckiego, któremu zawdzięczało rozwój. Była i szkoła parafialna i pięć jarmarków w ciągu roku. Nieco później niż Kołbiel uzyskało prawa miejskie, kościół parafialny uposażony na okolicznych wioseczkach. Kościół z XVI w. jak to większość drewnianych kościołów płonął, był odbudowany. Obecną postać przybrał w XVIII w., więc jest szacowny. Przy furtce wznosi się dzwonniczka na planie kwadratu, a w niej sobie hulają aż dwa dzwony - Wawrzyniec i Stanisław.

Na wieży dojrzałam figurkę św. Wawrzyńca z płomieniem rusztu. Zostawiłam rower na stojaku i spróbowałam czy się wejdzie do kościoła. Udało mi się wejść w przedsionek, następne drzwi były zamknięte, ale oszklone. Wnętrze było jasne, przestronne, na tęczy krucyfiks z połowy XVI w. Nie dane mi było rozejrzeć się bliżej. Moją uwagę przyciągnęły jeszcze olbrzymie palmy wielkanocne umieszczone ku ozdobie.

Niestety kościółki w dni powszednie są zamknięte, z wyjątkiem wczesnych i wieczornych mszy, zaś w niedzielę nie można zwiedzać by nie przeszkadzać wiernym w skupieniu na modlitwie. Będę śledzić ogłoszenia i jak będzie pogrzeb może się wstrzelę i zobaczę kościół w środku. Obeszłam kościółek dokoła. Zrobiono tu drogę krzyżową na wielkich głazach. Wszystko pięknie prowadzone. Tego dnia też krzątał się drobny, starszy mężczyzna i ściągał grabiami resztki suchych liści, które przyniósł wiatr. Pojechałam jeszcze kawał drogi Wawrzyniecką, bo według mapy miał tam być krzyż, czy też pomnik 1920 r. Droga była piękna. Wspinała się na pagórki, kręciła to w prawo, to w lewo, ale żadnego krzyża na znalazłam. Postanowiłam wracać. Znów dojechałam do kościoła, na Napoleońską i tam zwróciłam uwagę na izbę regionalną. Niestety jak się to dzieje z rozpędzonym człowiekiem nie chciało mi się już zahamować i zawrócić. Spróbuję innym razem! Wracałam mostem przy Wrzosowej (prawdopodobnie pamiątka wsi Wrzosy). Za mostem droga trafiła do Kruszówca. Aż się prosi Kruszowiec, ale jest Kruszówiec, kilka miejscowości ma tak zabawnie. Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy jazda przez Kruszówiec, należy mi to wybić z niej młotkiem. Zgodnie z nazwą wysypano gościniec kruszywem, po kilkunastu metrach jazdy miałam wrażenie, że wszystkie śrubki w rowerze zaraz spadną na kruszywo, a moje siedzenie przypomina zrazy bite. Polepszyło się blisko wodospadu. Tym razem nikogo nie było. Zeszłam w dół i siadłam sobie na nagrzanym kamieniu i tak sobie siedziałam, jadłam, piłam, a słoneczko świeciło i grzało. Woda szumiała, ciurlikała, pieniła się i skrzyła. Ptaszki śpiewały. W domostwie na górze ktoś rozpalił pod piecem. Pewnie robił obiad. Rozejrzałam się. Na skarpie widać było ślady motoru. Jak to się dzieje, że gówniarze nie przepuszczą żadnemu miejscu, nie obchodzi ich, że niszczą, że mają inne bardziej właściwe miejsca. Zezłościłam się i to pomogło mi w mobilizacji do powrotu. Przecież wrócę!

środa, 6 maja 2015

Wycieczka nie tam gdzie chciałam, czyli wzdłuż Świdra od Dłużewa do Starogrodu

Nagle przyszedł ciepły i słoneczny dzień, taki jak cztery dziesiątki lat temu. Postanowiłam natychmiast skorzystać z okazji i wybrać się do Ptaków prawą drogą. Może tam znajduje się azyl dla koni. Wycieczka miała być typowa: wzięłam bułkę, jajko na twardo i wodę do butelki. W Gadce dokupiłam drożdżówkę - w taki dzień mi się należy. Pognałam sobie dalej rejestrując, że wywieziono kupę plastikowych butelek, które zalegiwały nasyp kolejowy obok wiaduktu przynajmniej od zeszłego lata. Za to rozerwana piłka do gry w nogę leżała tak jak poprzednio między Sufczynem a Radachówką. Nie jest zbyt miło spotykać takich znajomych. W Radachówce zaczął się ruch. Widać niektórzy z "warszawiaków"zostali po świętach i próbowali przywrócić letnie domki do życia. Rozlegał się głos pilarek, stukanie młotków. W Majdanie na starym, rozłożystym drzewie jest gniazdo bocianie. Coś w nim majaczyło białego - wygięta szyja bocianichy- pewnie przekładała jajka by równomiernie się nagrzewały, albo sprawdzała element konstrukcyjny swego potężnego domu.
W pasiece panował ruch. Dwóch pszczelarzy wyjmowało ramki, zaglądali do środka i biegali po coś do dostawczaka. Za zakrętem pognałam ile sił z górki, a wiatr przyjemnie rozwiewał mi włosy. Byłam już prawie przy dworku w Dłużewie, kiedy spojrzałam w prawo na łąkę, po której kiedyś kręcili się jacyś ludzie. Zauważyłam, że jest tam stolik. Korciło mnie to miejsce. Miałam chyba za sobą pół drogi do Ptaków - można by na dodatek coś przekąsić. Pora mojego jedzenia minęła i czułam w brzuchu łaskotanie. Skręciłam z szosy na polną drogę. Zostawiłam rower przy stole i podeszłam ku rzece. Jaki piękny widok! Rzeka w tym miejscu zaręcała omijając dworski park.

Na brzegu leżały powalone drzewa, jedne martwe, inne próbujące powrócić do życia. Dziuplaste, sękate pnie wyglądały na jakeś zaklęte stwory, rzeźby pogańskich bożków (dlaczego się dodaje pogańskich, przecież nie ma chrześcijańskich bożków?). Wróciłam po rower i zeszłam nad wodę. Miło było sobie jeść patrząc na park, drzewa odbijające się w wodzie, maluteńkie listki na krzewach i słuchać odległego szumu wodospadu. Wiosna. Lenistwo.
W oddali czerniał rezerwat ozu. Można by dojść do niego wdłuż rzeki. Niewiele myśląc ruszyłam ujechałam kawałek, ale jazda stawała się coraz cięższa, koła zapadały w błocie. Niedawno przejeżdżał tędy traktor, więc droga MUSIAŁA się nadawać do przejścia. Mijałam kolejne szumiące spiętrzenia Świdra. Płoszyłam kaczki i żurawie. Wokoło pełno szarych zeszłorocznych trzcin, pałek wodnych w białych lokach nasion. Robiło się coraz bardziej mokro. Strumyki przelewały się przez prymitywne mostki. Miałam do wyboru mieć mokre tenisówki i mokre stopy, lub mieć suche tenisówki i mokre stopy. Wrzuciłam tenisówki do koszyka na rowerze i poszłam dalej boso. Z radością zanurzałam nogi w mokrej trawie i czerwonawym błotku, ciapkałam w głębszej wodzie. Oz, jak to bywa z górami, im dłużej szłam tym szybciej się oddalał zamiast przybliżać.

Po mojej stronie widać było wzniesienie, na którym leży Starogród. Mokre łąki zaczynały się zwolna wznosić ku pasmom wzgórz, które pewnie kiedyś były ozami. Część łąk miała resztki ogrodzeń, trochę mnie to peszyło - w każdej chwili mogę wleźć na kolczasty drut, czy to boso, czy w tenisówkach, średnia przyjemność. Spacer brzegiem do Starogrodu nie miał sensu. Było już po południu, kury powinny coś dostać koło czwartej. Tak są przyzwyczajone. Opuściłam nadrzeczne zarośla i burzany i ruszyłam na ukos przez łąki kierując się głównie kolorem traw, by nie wleźć z jakieś trzęsawisko. Wiosną jest o to bardzo łatwo. Szłam pod górę, robiło się suszej. Doszłam do kępy drzew pełnej śnieżyczek. Przypomniała mi się Raba i gaje nad Kosicznem... Wzgórze przede mną z lekka przypominało wielbłąda. Widziałam je nieraz z drogi między Nowym Starogrodem a Starogrodem. Miałam ochotę do niego dojść, a tu niechcący trafiłam. Ktoś chyba wybierał z niego piasek, bo w jednym miejscu tworzyło strome urwisko. Z ziemi wystawały głazy, nie daj Bóg osunięcia ziemi na kogoś!


Ze szczytu rozciągał się piękny widok. Niestety już dawno zauważyłam, że fotografia z telefonu nie oddaje całego piękna takiego zróżnicowanego terenu. Zresztą aparat może podobnie? Wypatrzyłam jak trafić na polną drogę do szosy i wkrótce jechałam sobie wygodnie i szybko. Po jeździe po wetepach jazda asfaltem jest boska! Droga tu w jednym miejscu spada ze zbocza na łeb, na szyję, jest nawet ustawiony znak ostrzegawczy o nachyleniu (nie pamiętam ile procent). Bałam się zanadto rozpędzić, więc nieco hamowałam. Na dole zauważyłam, że hamulec złapał i nie puszcza. Pomęczyłam się dobrą chwilę i jakoś poszło. Następny spad idzie z Nowego Starogrodu w kierunku Majdanu i Dłużewa. No, i hamulec znowu hyc! A tu do domu jakieś 10 km, może więcej! Pchałam rower z całych sił pod górę. Pszczelarze dalej zaglądali do uli. Zobaczyłam na jednym z domów ogłoszenie, że jest tam warsztat samochodowy, czyli klucze i w razie czego zdejmę hamulec. Niestety majstra nie było, ale się okazało, że zaraz na przeciw młody chłopak zajmuje się naprawą rowerów. Gospodarstwo ładne, schludne, dużo kur, kaczek, krowy, a w ogródku panele do łapania energii słonecznej. Unia dopłaciła. Młody człowiek był bardzo zadowolony z urządzenia. Woda podobno prawie ukrop, w zimie takiej lekkiej jak ostatnia prawie nie trzeba palić w centralnym. Za naprawę nie wziął ani grosza. Już bez żadnych niespodzianek dotarłam do domu.