niedziela, 10 maja 2015

Ponurzyca

                                                      

Bardzo lubię mapy. Jak tylko gdzieś przyjeżdżam natychmiast kupuję mapę okolicy, by wiedzieć gdzie co leży, co warto zobaczyć. Tak długo je oglądam, że w głowie tworzy mi się coś w rodzaju mapy. Potem chodzę, jeżdżę oglądam, teraz kiedy mam dobrą komórkę robię zdjęcia, lub filmiki. W jakiejś księgarni zauważyłam mapę: Weekend w okolicach Warszawy : mapa samochodowo-krajoznawcza. Nie jestem fanką zwiedzania samochodem, ale czasami to jedyne wyjście. Oprócz mapy z zaznaczonymi ciekawymi miejscami i króciutkim opisem miejscowości ma także propozycję kilku tras. Choć wydana w 2005 r. służy mi do dziś, lekko zmasakrowana, jakkolwiek staram się ją oszczędzać. Kiedy dotarłam w te okolice z nią zaczęłam zwiedzanie. Na zielonej połaci znalazłam nazwę, która mnie zafascynowała: Ponurzyca. Co za ciekawa nazwa! Jakie pole do wyobraźni. Małe literki, a więc dziura, obok listki, a więc przyroda, jakiś Czarci Dół niedaleko. Droga zaznaczona jakby przez grzeczność, właściwie sugeruje, że jak komuś szkoda samochodu, to lepiej niech się zastanowi. Pewnego letniego dnia wyruszyłam planując dotarcie przez Zabieżki. Od nas droga do Zabieżek prosta, ze 2 km dk 17, może trochę nieprzyjemnie, bo duży ruch i odcinek pełen krzyży i resztek rozbitych samochodów, trochę pod górę i skręt w stronę Kątów. Kiedyś rosły tu wspaniałe stare topole, ale nowemu nabywcy bardzo przeszkadzały i widocznie dysponował odpowiednimi funduszami by ściąć. Teraz ma olbrzymiasty dom, prawdopodobnie na zajazd, ale nic tam nie rośnie godnego uwagi i nic się nie dzieje. Potem jazda niezbyt dobrym asfaltem, przejazd przez tory kolejowe. Drogi rozchodzą się przy kościele. Część idzie w pola, część w las. Tubylcy wskazali mi drogę do Ponurzycy i ruszyłam. Deszczu od dawna nie było, drogę wypełniał sypki piasek. Nie było mowy o jeździe rowerem, stopy tonęły po kostki w pyle. Uszłam tak chyba z kilometr i nic nie wskazywało, że będzie lepiej. Wokół rozpościerały się pola dojrzałych, prawie czarnych borówek, wszędzie kucały kobiety i wraz z dzieciarnią zbierały (pewnie na handel). Doszłam do wniosku, że nie ma co dalej się w ten upał mordować i jak niepyszna wróciłam do domu.

Rok temu, w maju, wybrałam się na przejażdżkę. Nie miałam specjalnych planów. Ot, tak, żeby w domu nie siedzieć. Właśnie mijało pół roku od śmierci Zbyszka... Przez pola i Człekówkę dojechałam do Karpisk, skręciłam w lewo w Lotników, przecięłam tory kolejowe. Ulica po prawej prowadziła do lasu i do dk 50. Będzie ciężko przejść przez szosę, nie skorzystam! Postanowiłam jechać dalej. Przystanęłam w miejscu gdzie na głazach wyryto historię tego miejsca: Nocą 13 marca 1943 r. polska załoga 138 specjalnego dywizjonu RAF w ramach operacji "Stock" ze samolotu Halifax DT 726 H zrzuciła pojemniki z bronią, amunicą i materiałami do sabotażu. Przybyli też cichociemni między nimi Kazimierz Iranek-Osmecki.
Zawsze tu staję, patrzę na pola i wyobrażam sobie tę noc, rząd pochodni nagle zapalonych i prawie zaraz wygaszonych, szepty, głosy, szmery, dźwięk samolotu, który nabiera szybkości i znów cisza, spokój, puste wilgotne i szare łąki. Czarny, a może posrebrzony śniegiem las.
Wyboistą drogą wjechałam do lasu, który w pokrywał się świeżymi listkami. Droga była puściuteńka. Nie wiedziałam dokąd droga prowadzi (mapy nie wzięłam, bo nigdzie się nie wybierałam). Podskakując na wybojach podążałam w nieznane. Towarzyszył mi szlak turystyczny - ciekawe jak często pojawiają się znaki kiedy droga nie budzi wątpliwości, a jak trudno je znaleźć na rozstajnych drogach wśród lasu, czy w górach w kosodrzewinie. Las i las, a w lesie migotała woda, cieniutkie drzewka wyrastały z mokradeł, białe drobne kwiatuszki kwitły na bagnach. Kiedy na dobre wyjechałam z lasu otworzył się przede mną widok na polanę, na której to tu to tam rosły domki.



Trudno powiedzieć, że się wznosiły tak bardzo były osadzone w zieleni, w błękicie i słońcu. Uporczywie pracowała piła. Wykańczano dom i olbrzymią altanę; prawdopodobnie agroturystyka, obok w zagrodzie pasły się konie. Na pięknym domku widniała tabliczka "Ponurzyca 3". Tak więc nieoczekiwanie spełniłam swoje marzenie dotarcia do Ponurzycy! Gospodarstwa w Ponurzycy rozrzucone są na wzgórzach wśród łąk poprzecinanych siecią polnych dróg ciągnących się w różnych kierunkach i znikających w lasach. Lasy otaczają Ponurzycę ze wszystkich stron pierścieniem szerokim na 2, 3 kilometry. Pełno tu starych jabłoni rozchylonych jak fontanny na wszystkie strony.
I pomyśleć, że zaledwie kilka kilometrów od niej ciągną się sady jabłoni okaleczonych przez człowieka, niskich, przypominających wachlarz, by było wygodnie zrywać owoce. Na przydrożnych drzewach zawieszone są liczne kapliczki, święte obrazki, a krzyż na górce stoi w cieniu lip.
Jak się uchowały? Dziś wszędzie kapliczki zdobią obcymi nam tujami, iglakami. Kto dziś sadzi lipy? Kiedyś nierozerwalnie związane z kościołami, dziś idą w zapomnienie... Pod jakim drzewem teraz by usiadł Kochanowski? Jest tu i przystanek autobusowy. Wisi na nim bardzo szczegółowy rozkład jazdy: Odjazd do Celestynowa o 7, powrót o 11. Maj - 15, lepiej było w lutym i marcu - 6, 20. Autobus idzie raz, albo dwa razy w miesiącu, pewnie na targ w Celestynowie. Sklepu nigdzie nie wiedziałam. Pewnie raz w tygodniu przyjeżdża handel obwoźny. Czy to nie cudowne miejsce? Idealne dla kogoś, kto chce się wyluzować! Ponurzyca mnie ciągnie, widać tutejsze duchy rzuciły na mnie urok. Byłam już trzy razy. Za drugim razem przejechałam na przestrzał, na górę, gdzie obok krzyża są rozstajne drogi, chyba wszystkie prowadzą do drogi 862, tylko wpadają w innym jej punkcie. Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać i czy w ogóle zjeżdżać w dół w tamtym kierunku. Zawróciłam i schodziłam prowadząc rower, nagle patrzę - a na drodze leży wąż! Złapałam komórkę, przynajmniej raz się nie zgapiłam! Pstryk!

Biedny zaskroniec, można by rzec skoczył na równe nogi, miotnął się raz i drugi w stronę zarośli i dobrze, bo w tym momencie przeleciał drogą samochód, on by się tak nie skradał wolniutko jak ja. Oboje mieliśmy szczęście - on, że przeżył, ja bo mam zdjęcie! Tego dnia spotkałam również turystę, wędrowca. Szedł do Chrosny. Też sobie pstrykał, tylko miał aparat. Wskazał mi drogę na Zabieżki. Wyglądało na to, że pokonam tę trasę w odwrotnym kierunku niż kiedyś mi się marzyło. Obszczekały mnie wszystkie okoliczne psy zanim dotarłam do lasu. I tu historia się powtórzyła. Kopny piasek! Po kilkuset metrach dałam sobie spokój. Jedyne co mogło mi się udać, to nadwerężyć biedne kolana, a potem nie spać z bólu przez kilka najbliższych nocy. Wątpliwa przyjemność!

W tym tygodniu znów znalazłam się w Zabieżkach z rozterką: droga w kierunku do Ponurzycy, czy do Jaźwin. Podobnie jak żeglarze nie wpisałam w sobie w plan celu podróży, żeby nie zapeszyć. Poprzedniego dnia przeszły ulewy i droga obok mojego domu nadawała się do jazdy rowerem, co dobrze wróżyło. Drogi przez las mogły być przejezdne. Z początku były pewne trudności, miłośnicy quadów niestety rujnują drogi ziemne. Szczęściem nie jechali daleko. Trafiłam na rezerwat Szerokie Bagno i poznałam raj borówkowy z pierwszej jazdy. Znaczy poruszałam się we właściwym kierunku. Jaki piękny las! Nikogutko! Wzgórza i doliny, a to las bez poszycia a kawałek dalej gąszcz z bujną zielenią, pewnie bagno. Ptaki, śpiew, stukanie, furkot skrzydeł. Ze dwa razy odstawiałam rower i wdrapywałam się na szczyt. Ze szczytu było widać las...

A mnie się wciąż marzy zobaczyć ze szczytu góry, prawdziwe, skaliste... W bok odbiegały inne drogi, ale starałam się trzymać jednej (to dla mnie wielka trudność, mam tendencję do zbaczania, każda droga wzbudza moją ciekawość). Po obu stronach zaczęła się bujna roślinność, a na drodze ślady. Czyje?
Na pewno ani konia, ani krowy, ani sarny. Jelenie czy dziki? Odbita ratka, czy parzyste kopyto? Jak na łosia to chyba za płytkie. A obok tych dużych maleńkie. Kiedyś na swej drodze spotkałam dzika. Dałam dyla ile rower wyciśnie. Dzik zresztą też wiał ile sił. Ale jeśli to pani Locha? To by nie było miłe. Przecież wszelkie gadanie "ja i ty jesteśmy jednej krwi" by jej nie trafiło do przekonania. Że nie jem dziczyzny? Też na nic. Robiłam hałas i wolno posuwałam się naprzód by zwierzątka nie zaskoczyć. W końcu ślady przeniosły się z drogi w las. Pojechałam. Prawie zaraz las się przerzedził i poznałam zabudowania Ponurzycy.
Tonęła w kwiatach jabłoni i grusz, no i w pięknym słońcu. Zrobiło się popołudnie. Nie było sensu jechać dalej w kierunku Podbieli. Przez Karpiska wróciłam do chałupy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz