Nagle przyszedł ciepły i słoneczny dzień, taki jak cztery dziesiątki lat temu. Postanowiłam natychmiast skorzystać z okazji i wybrać się do Ptaków prawą drogą. Może tam znajduje się azyl dla koni. Wycieczka miała być typowa: wzięłam bułkę, jajko na twardo i wodę do butelki. W Gadce dokupiłam drożdżówkę - w taki dzień mi się należy. Pognałam sobie dalej rejestrując, że wywieziono kupę plastikowych butelek, które zalegiwały nasyp kolejowy obok wiaduktu przynajmniej od zeszłego lata. Za to rozerwana piłka do gry w nogę leżała tak jak poprzednio między Sufczynem a Radachówką. Nie jest zbyt miło spotykać takich znajomych. W Radachówce zaczął się ruch. Widać niektórzy z "warszawiaków"zostali po świętach i próbowali przywrócić letnie domki do życia. Rozlegał się głos pilarek, stukanie młotków. W Majdanie na starym, rozłożystym drzewie jest gniazdo bocianie. Coś w nim majaczyło białego - wygięta szyja bocianichy- pewnie przekładała jajka by równomiernie się nagrzewały, albo sprawdzała element konstrukcyjny swego potężnego domu.
W pasiece panował ruch. Dwóch pszczelarzy wyjmowało ramki, zaglądali do środka i biegali po coś do dostawczaka. Za zakrętem pognałam ile sił z górki, a wiatr przyjemnie rozwiewał mi włosy. Byłam już prawie przy dworku w Dłużewie, kiedy spojrzałam w prawo na łąkę, po której kiedyś kręcili się jacyś ludzie. Zauważyłam, że jest tam stolik. Korciło mnie to miejsce. Miałam chyba za sobą pół drogi do Ptaków - można by na dodatek coś przekąsić. Pora mojego jedzenia minęła i czułam w brzuchu łaskotanie. Skręciłam z szosy na polną drogę. Zostawiłam rower przy stole i podeszłam ku rzece. Jaki piękny widok! Rzeka w tym miejscu zaręcała omijając dworski park.
Na brzegu leżały powalone drzewa, jedne martwe, inne próbujące powrócić do życia. Dziuplaste, sękate pnie wyglądały na jakeś zaklęte stwory, rzeźby pogańskich bożków (dlaczego się dodaje pogańskich, przecież nie ma chrześcijańskich bożków?). Wróciłam po rower i zeszłam nad wodę. Miło było sobie jeść patrząc na park, drzewa odbijające się w wodzie, maluteńkie listki na krzewach i słuchać odległego szumu wodospadu. Wiosna. Lenistwo.
W oddali czerniał rezerwat ozu. Można by dojść do niego wdłuż rzeki. Niewiele myśląc ruszyłam ujechałam kawałek, ale jazda stawała się coraz cięższa, koła zapadały w błocie. Niedawno przejeżdżał tędy traktor, więc droga MUSIAŁA się nadawać do przejścia. Mijałam kolejne szumiące spiętrzenia Świdra. Płoszyłam kaczki i żurawie. Wokoło pełno szarych zeszłorocznych trzcin, pałek wodnych w białych lokach nasion. Robiło się coraz bardziej mokro. Strumyki przelewały się przez prymitywne mostki. Miałam do wyboru mieć mokre tenisówki i mokre stopy, lub mieć suche tenisówki i mokre stopy. Wrzuciłam tenisówki do koszyka na rowerze i poszłam dalej boso. Z radością zanurzałam nogi w mokrej trawie i czerwonawym błotku, ciapkałam w głębszej wodzie. Oz, jak to bywa z górami, im dłużej szłam tym szybciej się oddalał zamiast przybliżać.
Po mojej stronie widać było wzniesienie, na którym leży Starogród. Mokre łąki zaczynały się zwolna wznosić ku pasmom wzgórz, które pewnie kiedyś były ozami. Część łąk miała resztki ogrodzeń, trochę mnie to peszyło - w każdej chwili mogę wleźć na kolczasty drut, czy to boso, czy w tenisówkach, średnia przyjemność. Spacer brzegiem do Starogrodu nie miał sensu. Było już po południu, kury powinny coś dostać koło czwartej. Tak są przyzwyczajone. Opuściłam nadrzeczne zarośla i burzany i ruszyłam na ukos przez łąki kierując się głównie kolorem traw, by nie wleźć z jakieś trzęsawisko. Wiosną jest o to bardzo łatwo. Szłam pod górę, robiło się suszej. Doszłam do kępy drzew pełnej śnieżyczek. Przypomniała mi się Raba i gaje nad Kosicznem... Wzgórze przede mną z lekka przypominało wielbłąda. Widziałam je nieraz z drogi między Nowym Starogrodem a Starogrodem. Miałam ochotę do niego dojść, a tu niechcący trafiłam. Ktoś chyba wybierał z niego piasek, bo w jednym miejscu tworzyło strome urwisko. Z ziemi wystawały głazy, nie daj Bóg osunięcia ziemi na kogoś!
Ze szczytu rozciągał się piękny widok. Niestety już dawno zauważyłam, że fotografia z telefonu nie oddaje całego piękna takiego zróżnicowanego terenu. Zresztą aparat może podobnie? Wypatrzyłam jak trafić na polną drogę do szosy i wkrótce jechałam sobie wygodnie i szybko. Po jeździe po wetepach jazda asfaltem jest boska! Droga tu w jednym miejscu spada ze zbocza na łeb, na szyję, jest nawet ustawiony znak ostrzegawczy o nachyleniu (nie pamiętam ile procent). Bałam się zanadto rozpędzić, więc nieco hamowałam. Na dole zauważyłam, że hamulec złapał i nie puszcza. Pomęczyłam się dobrą chwilę i jakoś poszło. Następny spad idzie z Nowego Starogrodu w kierunku Majdanu i Dłużewa. No, i hamulec znowu hyc! A tu do domu jakieś 10 km, może więcej! Pchałam rower z całych sił pod górę. Pszczelarze dalej zaglądali do uli. Zobaczyłam na jednym z domów ogłoszenie, że jest tam warsztat samochodowy, czyli klucze i w razie czego zdejmę hamulec. Niestety majstra nie było, ale się okazało, że zaraz na przeciw młody chłopak zajmuje się naprawą rowerów. Gospodarstwo ładne, schludne, dużo kur, kaczek, krowy, a w ogródku panele do łapania energii słonecznej. Unia dopłaciła. Młody człowiek był bardzo zadowolony z urządzenia. Woda podobno prawie ukrop, w zimie takiej lekkiej jak ostatnia prawie nie trzeba palić w centralnym. Za naprawę nie wziął ani grosza. Już bez żadnych niespodzianek dotarłam do domu.









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz