sobota, 14 maja 2016

Na wiosnę... Całowanie!

Kiedy doczytamy się gdzieś, lub usłyszymy, że nasz wiek określany jest jako starość, zaczynamy powoli wątpić w swój niezniszczalny organizm. Wydaje nam się, że działa jak szwajcarski zegarek, a tu dopada nas świadomość, że głupie zwichnięcie, które w młodości jest prawie niezauważalne, staje się urazem odczuwanym dotkliwie, że noga w gipsie pełnym podpisów kolegów i koleżanek szkolnych jest w pewnym sensie jakąś atrakcją towarzyską, teraz ogranicza nas na długie tygodnie, a wręcz może stać się przyczyną załamania organizmu ze zgonem włącznie. Ile to razy człowiek się nasłuchał, że ta lub inna znajoma babć ma złamaną kość biodrową a intonacja głosu świadczyła, że należy się już z tą znajomą pożegnać. - Toteż z wycieczką do Całowania, czy na Całowanie trochę się dłubałam, zwlekałam. Rower, czy samochód? Sprawdziłam trasę samochodem i właściwie byłam na nią zdecydowana. Z drugiej strony - tak blisko i samochodem? jakoś nie honor dla rowerzystki! Po raz kolejny obejrzałam drogę w google'ach. Niestety nie widać stanu drogi, ale jeśli sobie przypominam jej początek to chyba asfalt. Przy końcu Ponurzycy dość ostry zjazd, miłe to, ale jak mówią "niech żyją góry z góry na dół, a nie z dołu do góry!" Obejrzałam dokładnie jak się wznosi droga powrotna, jaki to odcinek i doszłam do wniosku, że jeśli nawet kilometr, to co mi szkodzi pokonać go pieszo. No, kto mi zabroni? Pewnie nawet nikogo nie spotkam. A kiedy wybrać się na bagna jak nie wiosną i to możliwie wczesną, bo nie ma komarów, ewentualnie zimą, bo ziemia zmarznięta. Dzień był piękny, słoneczny, bezwietrzny, trochę po dziewiątej. Zabrałam wodę, pieniądze, pelerynę i oczywiście komórkę. Na siebie nowiuteńkie spodnie rowerowe. Nigdy takich nie miałam. I wio! Droga po deszczach była ubita, nie błotnista, nie sypka, więc w parę sekund byłam za wzgórzem koło stadniny. Nie ma co się rozpisywać o zieleni pól i łąk, ani na temat ohydnego muru przy nowym domu w Człekówce. Przy tartaku jak zwykle pachniało deskami. Przeleciałam przez Karpiska. Takie spodnie dają chyba mniejszy opór, chyba lżej i szybciej się jechało. Ponurzyca, jak zawsze piękna, w kwitnących drzewach, zieleni, piaszczystymi drogami przecinającymi wzgórza.
Wjechałam na rozstaje. To chyba najwyższy punkt w okolicy. Droga w stronę Podbieli była tak jak zapamiętałam asfaltowa i z tego miejsca łagodnie spadała ku dolinie Wisły. Słońce przeświecało przez sosny. Ptaki śpiewały. Zjazd był coraz lepszy. Starałam się nieco hamować, bo droga do Borkowa nauczyła mnie co korzenie drzew robią z nawierzchnią. Z obu stron migały od czasu do czasu ukryte w lesie domostwa. Z daleka dojrzałam skrzyżowanie z drogowskazami: Osieck. Tabor. Skręciłam w stronę Taboru, jakkolwiek to chyba nie była dk, którą chciałam jechać. Wkrótce znalazłam się w Podbieli. Rozglądałam się za jakimś informatorem. Pusto. Czasem tylko samochód, a oni nie staną by pogadać. Zaczęłam przypominać sobie wygląd miejsca, z którego odchodzi droga w kierunku stawów. To na pewno nie był żaden z mijanych domów. No, ale oto sklep spożywczo-przemysłowy. Szczotki ktoś przed nim ustawił. Szczycą się kolorowymi czuprynami z tworzywa. W sklepie ciemnawo, może naprawdę, a może złudzenie po wejściu z ostrego słońca. Ekspedientka, jak większość wiejskich ekspedientek, rozmowna, serdeczna i miła. Do ścieżki blisko, jakieś 500 m., naprzeciw remizy. Fakt! Napłynęło nieco spóźnione wspomnienie obrazka z internetu. Kupiłam drożdżówkę z marmoladą, przyda się, a pani przyniesie szczęście w handlu. Zatroszczyła się jak ja sobie dam tam radę z rowerem. Jakoś. Przy remizie skręciłam w lewo. Gruntowa droga ze szlakiem rowerowym na pierwszym drzewie i tablica z mapą rezerwatu. Na niebie zjawiły się baniaste obłoczki, wiatr je przesuwał po błękicie. Nie ujechałam daleko, a zaczęły się bagniste łąki z małymi jeziorkami. Żaby dawały koncert, jakiś ptak im wtórował. Sfilmowałam to, bo wtedy mam możliwość upublicznienia głosów na fejsie. Całkiem dobrze słychać! Łąki ustąpiły miejsca podmokłemu lasowi o barwie sraczkowatej zieleni brzózek, łóz, olch, leszczyn, a potem ukazała się platforma widokowa. Postawiłam rower, przed chwilą musiałam zejść, bo rozległe kałuże nie pozwalały na jazdę. Wdrapałam się z komórką na górę. Z jednej strony ciągnął się ten seledynowy las, z drugiej prawie jak okiem sięgnąć rozpościerały bagna i torfowiska, ograniczone na południu drzewami.

W pobliżu zatknięto tabliczki z jakimiś informacjami. Zlazłam, napiłam się wody i ruszyłam ścieżką pozostawiając dobytek na pastwę losu. Ścieżkę stanowiły długie deski rzucone na mocniejsze kępy bagna. Niektóre uginały się pod stopami, zwłaszcza w środkowym punkcie, przez inne przeciekały strużki wody, a wszystkie były mniej lub więcej oślizgłe. Tablice opowiadały o znaczeniu torfowisk, roślinności, ptactwie. Zawierały też pytania sprawdzające o ile zwiedzający przyswoili sobie informacje. Dowiedziałam się, że są tu czaple i żurawie, a także, że rośnie tu brzoza niska. Ma u nasady liścia białe plamki. Rzeczywiście.
Czaple nie dopisały, żurawie było słychać. Chmury niepokojąco gęstniały, choć wiatr robił co mógł. Wśród bagnistych zarośli coś dziwnie stęknęło. Łoś? A może locha? Chyba teraz rodzą młode. Nieprzyjemnie.To idąc, to jadąc dotarłam do stawów. Kto pozwolił je wykopać? Jak wpływają na stan bagien? Czy ich przypadkiem nie meliorują? - Jak przystało na wędkarzy ustawili mnóstwo napisów "zakaz połowu ryb" "teren prywatny" "wstęp wzbroniony" "zabrania się...". Trudno mi się było domyślić, że ten zagradzany piasek, porośnięty mchami, suchą trawą to wydma, którą chciałam zobaczyć - Pękatka.

Podobno został tu doszczętnie rozbity oddział powstańczy w 1863 r.; "pękł" i stąd nazwa. Sądzę, że raczej kształt narzucił nazwę. Zjadłam sobie drożdżówkę. Z wydmy widać było bagna usłane białymi kwiatami. Podobno od tego zyskała nazwę wieś Podbiel.
Do samej góry nie dotarłam. Jeszcze wrócę! Wróciłam do punktu widokowego i poszłam przez bramę drugą ścieżką dydaktyczną. Wiedzie przez zarośla, również wyłożona deskami, tyle, że w gorszym stanie niż jej siostra z drugiej strony drogi. Żałowałam, że wzięłam tenisówki. Następnym razem chyba wezmę do kosza gumiaki. Deski były bardziej zgniłe i woda obficiej przez nie przepływała. Po chwilce doszłam do jeziorka i pięknego mostku.

Mostek nie ma ani jednej deski. Dlaczego? Ktoś był dowcipny? Czy "turyści" robili zbyt wielkie szkody? Mogłabym próbować przejść po zrębie, trzymając się istniejących poręczy, ale legary (?) też przegniły. Gdybym tak rąbnęła w dół mocząc komórkę i nie mogąc trafić na dno, albo zapadając się w nim? Potem te wszystkie korowody, poszukiwania, śledztwa... Chmury prawie całkowicie zasnuły błękit. Z oddali słychać było nadciągającą burzę. Wzięłam spod tarasu rower i pognałam co sił do domu. Rzeczywiście droga pod górę zmogła mnie i kawałek, zresztą nieduży, pokonałam pchając rower. Znikomy deszczyk trochę mnie pokropił, ale bardzo delikatnie. Podejście odbiłam sobie w Ponurzycy gnając na zbity pysk. Pioruny gdzieś znów pohukiwały. Śmigałam lasem by być prędzej od wiatru w Człekówce. Niestety przy torach w Karpiskach dopadła mnie ulewa. Miałam już na sobie pelerynę, ale tenisówki przemakały mi z sekundy na sekundę, a wystające spod peleryny rękawy swetra stały się ciękie od wody. Zatrzymałam się pod altaną przed sklepem w Człekówce integrując się z tubylcem pociągającym browar. Też miałam chętkę, ale nie mogłam się zdobyć na przejście paru kroków do sklepu. Jak wreszcie ulewa zamieniła się w drobny deszczyk prułam wody asfaltu w kierunku domu. Polna droga zmieniła się w ślizgawkę. Trzeba było zejść z roweru i właśnie zaraz potem padłam jak długa w błoto. Ślizg miałam dobry. Plastikowa peleryna, nowe spodnie stawiające mały opór... Jednym słowem bagna przebyłam, przy domu się na błocie wywróciłam.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Zamknięte koło czyli Z domu do domu

Czy sześciokilometrowy wypad z domu rowerem można nazwać wycieczką? Na początku na tyle mniej więcej mogłam sobie pozwolić. W każdej chwili mógł mnie dopaść telefon, że jakiś bardzo ważny klient jedzie po bardzo ważną część i za 40, 50 minut będzie pod bramą, albo, że Zbyszek ma zamiar zaraz przyjechać na obiad, przebrać się i gdzieś jechać w ważnej sprawie. Moja nieobecność w obu wypadkach byłaby podobna do trzęsienia ziemi. A nie daj Boże, bym była w lesie! Mogłabym tam zasłabnąć i kto by mi udzielił pomocy? Wprawdzie w życiu nie zemdlałam, ale ten argument nie chodził w rachubę. Podobnie jak tłumaczenie, że mdlejąc gdzieś przy drodze, czy w miejscu gdzie rosną borówki, miałabym podobne szanse na pomoc jak mdlejąc w domu, w którym ktoś się znajdzie koło 10 wieczór. Najbliższą okolicę poznawałam po kawałku. Można więc zaryzykować twierdzenie, że moje wycieczki były "składane". Nie wiem która z którą, która pierwsza, a która później.
 Na początku na pewno pojechałam po prostu do sklepu do Gadki. Jadąc tam zaciekawiłam się piaszczystą drogą odchodzącą w lewo ku niby góralskiemu domowi skrytemu wśród dorodnych świerków. Za domem droga gwałtownie skręcała w lewo i wiodła wałem wzdłuż Świdra.
Linię rzeki wyznaczała ciemna zieleń drzew odbijająca od bagiennych łąk. Przez porządną kładkę zwaną ławą przedostałam się na drugą stronę i wałem pośród rozlewiska dojechałam do cmentarza
 i szosy łączącej Kołbiel z Wolą Sufczyńską. Ta droga stała się moim ulubionym szlakiem do sklepów Kołbieli i kościoła. Jedynie śniegi powstrzymują mnie od jazdy tamtędy. Na stare lata nie chcę ryzykować upadku, a co za tym idzie pozostania na łasce rodziny. Na pewno następnym krokiem był Sufczyn. Prowadzi tam przez Gadkę zmasakrowana asfaltówka, która za wiaduktem kolejowym staje się idealna, gładka jak kartka papieru... W Sufczynie miałam zamiar zobaczyć dwór. Przejechałam, jak mi się zdawało, już przez całą wieś, typową ulicówkę, a tu nic. Stanęłam niedaleko sklepu GSu. Dalej mocna zieleń drzew ciągnących się wzdłuż drogi wskazywała, że dalej nie należy się spodziewać domów. Przystanęłam i zagadnęłam dwie tubylcze kobiety o dwór. Wskazały na ścieżkę po przeciwnej stronie drogi prowadzącej przez jakieś chaszcze. Tam jest dwór, i owszem, jest wystawiony na sprzedaż. Czy może jestem zainteresowana kupnem? Gdybym była, to bym nie przyjechała na rowerze! Podjechałam wskazaną alejką pełną kamieni i rozwalonych płyt chodnikowych. Teren lekko się wznosił. Na końcu alei otworzył się widok na dwór.
 Klasycystyczny dwór został wzniesiony w 1827 r. przez rodzinę Piątkowskich. Jeśli się nie mylę
w ich rękach pozostał do końca II wojny światowej. Potem przechodził z rąk do rąk i to po nim doskonale widać. Trawa i samosiejki porastają zabytek. Kolumny w środkowej części dworu niedługo się rozsypią. Rozpadają się obramowania okien, drzwi. Zabytkowy park też nie jest w lepszym stanie. Stoi w nim zegar słoneczny, ale gdyby go ktoś buchnął nikt by tego nie zauważył. Pooglądałam dwór ze wszystkich stron, jak zwykle w takich przypadkach z bólem serca i żalem, że nie mogę tego wszystkiego odbudować, że bogaci wznoszą sobie domy naśladujące dwory, a autentyki idą w ruinę. Wracając ze dworu zobaczyłam zabytkową kapliczkę. Nad potokiem Sokoły, dopływem Świdra, zachował się podobno młyn Pęchery (18 w.), ale nigdy tam nie mogłam zajrzeć, bo brama zawsze zamknięta, właściciel zazdrośnie strzeże obiektu. Są tam jakoby dawne mechanizmy młyńskie. Za potokiem droga znów się robi nienajlepsza. Trzeba uważać, bo samochody ścinają zakręt, choć krzewy ograniczają widoczność. Dalej roztacza się piękny widok na pola nad Świdrem i las na wysokim brzegu. Zaczyna się miejscowość Radachówka, którą sobie umiłowali "warszawiacy", czyli właściciele domów letniskowych, niekoniecznie pochodzący z Warszawy. Domy pobudowano w lesie na zboczach pagórków wzniesionych przez napierający lodowiec. Nasunął tu wiele olbrzymich głazów. Do szosy schodzą ulice, które mimo swych nazw są pozamykane bramami. Wędrując lasami można się wplątać w taką ulicę i stanąć wobec niemożności wydostania na szosę. Radachówka, ta warszawska, żyje głównie latem, jesienią pustoszeje i cichnie. Dwór w Radachówce miał więcej szczęścia niż sufczyński.
Zbudowali go Sybilscy w połowie 19 w., ale utracili po powstaniu styczniowym. Dwór należy do rodziny Szlenkierów, którzy nie zostali z niego wyrzuceni. Brama do dworu jest zawsze szeroko otwarta. W parku rosną przepiękne, stare dęby, na które mozna by patrzeć godzinami. Szlenkierowie ufundowali tu drewniany kościółek zaprojektowany przez inż. Lipieńskiego w stylu mazowieckim. Jest położony u stóp stoku, otoczony rozkrzewionymi sosnami.
W niedziele o 11-tej jest w nim odprawiana msza św. Za dworem szosa wspina się na wzgórze, przechodzi przez Majdan, by zjechać w dół i rozdwoić się: w prawo w górę do Starogrodu, w lewo w dół do Dłużewa. Po obu stronach drogi rozciągają się pola i łąki zamknięte korytem Świdra. Przed Świdrem, po lewej stronie położony jest piękny park dworski, a wśród drzew bieleje murowany dwór z początku 20 w. Stanowił własność Stanisława Dłużewskiego, a potem jego córek. Po wojnie majątek został odebrany właścicielom, w latach 70. 20 w. otrzymała go szczęśliwie warszawska Akademia Sztuk Pięknych i jest domem pracy, miejscem szkoleń i plenerów.
Park schodzi w dół aż do Świdra, który tu pędzie szybko tworząc wśród głazów całkiem porządny wodospad. Za mostem jest sklep na rozstaju dróg. Prosto, polną, bardzo nieprzyjemną drogą można dojechać do stawów w Nowodworze, a także do "rancza Janka" jak miejscowi nazywają posiadłość Janusza Rewińskiego. W prawo droga kieruje się w stronę Wólki Dłużewskiej i szosy do Siennicy. Jadąc w lewo dojedzie się do Głupianki. Droga przez Wólkę niedawno była remontowana i świetnie się nią jedzie. Niedaleko miejsca w którym osiąga drogę Siennica - Starogród stoi tablica informacyjna o zabytku geologicznym jakim jest Wólczańska Góra. Nazywa się to oz. Lodowiec zepchnął tu piaski i żwir tworząc stromy wał mierzący ok 40 m. wysokości względnej. Podobno jest to rzadkość. Mam pewne podejrzenia, że Starogród został zbudowany na podobnym tworze. Wólczańską górę porasta las. Stromizna (od strony drogi z tablicą informacyjną) jest nniezła, można się zasapać. Na szczycie jest grób młodego żołnierza, Piotra Szczuckiego z Krzemieńca, który zginął w bitwie 14 września 1939 r. Ludzie stawiają tu znicze i kwiaty.
 - Droga w stronę Głupianki jest nieco gorsza. Docierając do strumienia można zboczyć i udać się do lasu. Po kilku, kilkunastu minutach, dociera się do polany, na której jest kapliczka św. Anny. Miejsce to nazywa się Joście. Według opowieści było tu miejsce pogańskiego kultu, kamienny krąg. Leżał olbrzymi głaz z wydrążonymi zagłębieniami, w których składano 21 marca jedzenie, może dla bogów, potem na pewno dla biedaków. Składanie ze zrównania dnia z nocą przeniosło się na Niedzielę Wielkanocną. Przychodziły tu korowody młodzieży, były zabawy, procesje. Teraz o 14-tej jest tu odprawiana msza św.

Legend o tym miejscu jest wiele i strasznie ono podnieca wyznawców religii starosłowiańskich. Głaz ofiarny został na początku 20 w. rozwalony i przewieziony kilkudziesięciona furmankami do Kołbieli i zużyto go na schody kościelne. Prawdę mówiąc schody nie wyglądają specjalnie ciekawie. W Głupiance została tylko część z wgłębieniem na ofiary. Podobno inny bardzo duży głaz jest pod kapliczką. Z uroczyska piaszczystą leśną drogą można zjechać do Woli Sufczyńskiej, przeciąć tory kolejowe i wśród lasu dojechać do cmentarza w Kołbieli. W lesie przed cmentarzem rosną piękne sosny oznaczone jako zabytek przyrody.