niedziela, 10 kwietnia 2016

Zamknięte koło czyli Z domu do domu

Czy sześciokilometrowy wypad z domu rowerem można nazwać wycieczką? Na początku na tyle mniej więcej mogłam sobie pozwolić. W każdej chwili mógł mnie dopaść telefon, że jakiś bardzo ważny klient jedzie po bardzo ważną część i za 40, 50 minut będzie pod bramą, albo, że Zbyszek ma zamiar zaraz przyjechać na obiad, przebrać się i gdzieś jechać w ważnej sprawie. Moja nieobecność w obu wypadkach byłaby podobna do trzęsienia ziemi. A nie daj Boże, bym była w lesie! Mogłabym tam zasłabnąć i kto by mi udzielił pomocy? Wprawdzie w życiu nie zemdlałam, ale ten argument nie chodził w rachubę. Podobnie jak tłumaczenie, że mdlejąc gdzieś przy drodze, czy w miejscu gdzie rosną borówki, miałabym podobne szanse na pomoc jak mdlejąc w domu, w którym ktoś się znajdzie koło 10 wieczór. Najbliższą okolicę poznawałam po kawałku. Można więc zaryzykować twierdzenie, że moje wycieczki były "składane". Nie wiem która z którą, która pierwsza, a która później.
 Na początku na pewno pojechałam po prostu do sklepu do Gadki. Jadąc tam zaciekawiłam się piaszczystą drogą odchodzącą w lewo ku niby góralskiemu domowi skrytemu wśród dorodnych świerków. Za domem droga gwałtownie skręcała w lewo i wiodła wałem wzdłuż Świdra.
Linię rzeki wyznaczała ciemna zieleń drzew odbijająca od bagiennych łąk. Przez porządną kładkę zwaną ławą przedostałam się na drugą stronę i wałem pośród rozlewiska dojechałam do cmentarza
 i szosy łączącej Kołbiel z Wolą Sufczyńską. Ta droga stała się moim ulubionym szlakiem do sklepów Kołbieli i kościoła. Jedynie śniegi powstrzymują mnie od jazdy tamtędy. Na stare lata nie chcę ryzykować upadku, a co za tym idzie pozostania na łasce rodziny. Na pewno następnym krokiem był Sufczyn. Prowadzi tam przez Gadkę zmasakrowana asfaltówka, która za wiaduktem kolejowym staje się idealna, gładka jak kartka papieru... W Sufczynie miałam zamiar zobaczyć dwór. Przejechałam, jak mi się zdawało, już przez całą wieś, typową ulicówkę, a tu nic. Stanęłam niedaleko sklepu GSu. Dalej mocna zieleń drzew ciągnących się wzdłuż drogi wskazywała, że dalej nie należy się spodziewać domów. Przystanęłam i zagadnęłam dwie tubylcze kobiety o dwór. Wskazały na ścieżkę po przeciwnej stronie drogi prowadzącej przez jakieś chaszcze. Tam jest dwór, i owszem, jest wystawiony na sprzedaż. Czy może jestem zainteresowana kupnem? Gdybym była, to bym nie przyjechała na rowerze! Podjechałam wskazaną alejką pełną kamieni i rozwalonych płyt chodnikowych. Teren lekko się wznosił. Na końcu alei otworzył się widok na dwór.
 Klasycystyczny dwór został wzniesiony w 1827 r. przez rodzinę Piątkowskich. Jeśli się nie mylę
w ich rękach pozostał do końca II wojny światowej. Potem przechodził z rąk do rąk i to po nim doskonale widać. Trawa i samosiejki porastają zabytek. Kolumny w środkowej części dworu niedługo się rozsypią. Rozpadają się obramowania okien, drzwi. Zabytkowy park też nie jest w lepszym stanie. Stoi w nim zegar słoneczny, ale gdyby go ktoś buchnął nikt by tego nie zauważył. Pooglądałam dwór ze wszystkich stron, jak zwykle w takich przypadkach z bólem serca i żalem, że nie mogę tego wszystkiego odbudować, że bogaci wznoszą sobie domy naśladujące dwory, a autentyki idą w ruinę. Wracając ze dworu zobaczyłam zabytkową kapliczkę. Nad potokiem Sokoły, dopływem Świdra, zachował się podobno młyn Pęchery (18 w.), ale nigdy tam nie mogłam zajrzeć, bo brama zawsze zamknięta, właściciel zazdrośnie strzeże obiektu. Są tam jakoby dawne mechanizmy młyńskie. Za potokiem droga znów się robi nienajlepsza. Trzeba uważać, bo samochody ścinają zakręt, choć krzewy ograniczają widoczność. Dalej roztacza się piękny widok na pola nad Świdrem i las na wysokim brzegu. Zaczyna się miejscowość Radachówka, którą sobie umiłowali "warszawiacy", czyli właściciele domów letniskowych, niekoniecznie pochodzący z Warszawy. Domy pobudowano w lesie na zboczach pagórków wzniesionych przez napierający lodowiec. Nasunął tu wiele olbrzymich głazów. Do szosy schodzą ulice, które mimo swych nazw są pozamykane bramami. Wędrując lasami można się wplątać w taką ulicę i stanąć wobec niemożności wydostania na szosę. Radachówka, ta warszawska, żyje głównie latem, jesienią pustoszeje i cichnie. Dwór w Radachówce miał więcej szczęścia niż sufczyński.
Zbudowali go Sybilscy w połowie 19 w., ale utracili po powstaniu styczniowym. Dwór należy do rodziny Szlenkierów, którzy nie zostali z niego wyrzuceni. Brama do dworu jest zawsze szeroko otwarta. W parku rosną przepiękne, stare dęby, na które mozna by patrzeć godzinami. Szlenkierowie ufundowali tu drewniany kościółek zaprojektowany przez inż. Lipieńskiego w stylu mazowieckim. Jest położony u stóp stoku, otoczony rozkrzewionymi sosnami.
W niedziele o 11-tej jest w nim odprawiana msza św. Za dworem szosa wspina się na wzgórze, przechodzi przez Majdan, by zjechać w dół i rozdwoić się: w prawo w górę do Starogrodu, w lewo w dół do Dłużewa. Po obu stronach drogi rozciągają się pola i łąki zamknięte korytem Świdra. Przed Świdrem, po lewej stronie położony jest piękny park dworski, a wśród drzew bieleje murowany dwór z początku 20 w. Stanowił własność Stanisława Dłużewskiego, a potem jego córek. Po wojnie majątek został odebrany właścicielom, w latach 70. 20 w. otrzymała go szczęśliwie warszawska Akademia Sztuk Pięknych i jest domem pracy, miejscem szkoleń i plenerów.
Park schodzi w dół aż do Świdra, który tu pędzie szybko tworząc wśród głazów całkiem porządny wodospad. Za mostem jest sklep na rozstaju dróg. Prosto, polną, bardzo nieprzyjemną drogą można dojechać do stawów w Nowodworze, a także do "rancza Janka" jak miejscowi nazywają posiadłość Janusza Rewińskiego. W prawo droga kieruje się w stronę Wólki Dłużewskiej i szosy do Siennicy. Jadąc w lewo dojedzie się do Głupianki. Droga przez Wólkę niedawno była remontowana i świetnie się nią jedzie. Niedaleko miejsca w którym osiąga drogę Siennica - Starogród stoi tablica informacyjna o zabytku geologicznym jakim jest Wólczańska Góra. Nazywa się to oz. Lodowiec zepchnął tu piaski i żwir tworząc stromy wał mierzący ok 40 m. wysokości względnej. Podobno jest to rzadkość. Mam pewne podejrzenia, że Starogród został zbudowany na podobnym tworze. Wólczańską górę porasta las. Stromizna (od strony drogi z tablicą informacyjną) jest nniezła, można się zasapać. Na szczycie jest grób młodego żołnierza, Piotra Szczuckiego z Krzemieńca, który zginął w bitwie 14 września 1939 r. Ludzie stawiają tu znicze i kwiaty.
 - Droga w stronę Głupianki jest nieco gorsza. Docierając do strumienia można zboczyć i udać się do lasu. Po kilku, kilkunastu minutach, dociera się do polany, na której jest kapliczka św. Anny. Miejsce to nazywa się Joście. Według opowieści było tu miejsce pogańskiego kultu, kamienny krąg. Leżał olbrzymi głaz z wydrążonymi zagłębieniami, w których składano 21 marca jedzenie, może dla bogów, potem na pewno dla biedaków. Składanie ze zrównania dnia z nocą przeniosło się na Niedzielę Wielkanocną. Przychodziły tu korowody młodzieży, były zabawy, procesje. Teraz o 14-tej jest tu odprawiana msza św.

Legend o tym miejscu jest wiele i strasznie ono podnieca wyznawców religii starosłowiańskich. Głaz ofiarny został na początku 20 w. rozwalony i przewieziony kilkudziesięciona furmankami do Kołbieli i zużyto go na schody kościelne. Prawdę mówiąc schody nie wyglądają specjalnie ciekawie. W Głupiance została tylko część z wgłębieniem na ofiary. Podobno inny bardzo duży głaz jest pod kapliczką. Z uroczyska piaszczystą leśną drogą można zjechać do Woli Sufczyńskiej, przeciąć tory kolejowe i wśród lasu dojechać do cmentarza w Kołbieli. W lesie przed cmentarzem rosną piękne sosny oznaczone jako zabytek przyrody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz