Słońce nieco przygrzało, wiatr się uspokoił, więc wyniosło mnie z domu. Gdzieś przeczytałam, a może usłyszałam, że w Ptakach jest pensjonat dla wysłużonych koni. W Ptakach reklamuje się także agroturystyka... Czemu nie, można właśnie tam pojechać. Zabrałam jakąś kanapkę, wodę i wsiadłam na rower. Miałam do wyboru drogę przez Głupiankę, albo przez Radachówkę. Ze względu na wiosenną jakość drogi wybrałam szosę przez Radachówkę i Majdan. Znam ją już do bólu, nawet pamiętam gdzie leży rozwalona futbolówka. W miejscu, na którym zwykle rośnie kukurydza była świeżo zorana ziemia. Jej kolory zachwyciły moje oczy.
W tej części Polski ziemia przeważnie jest szara, lub w kolorze piasku, a tu dominował rdzawy. Nie darmo w okolicy jest Ruda, Rudno i Rudzienko. Przy dworze, lub jak kto woli pałacu, w Dłużewie zrobiłam sobie postój. Tym razem brama była otwarta, ale srogi napis "Wstęp wzbroniony" oraz uwaga o złym psie miały mnie zniechęcić. Złapałam w komórkę "panienkę spod latarni"
siedzącego sobie mężczyznę i mur z powojem
W tym momencie człowiek grabiący liście w drugim kącie ogrodu przerwał pracę i zaczął mnie podejrzliwie obserwować, jakbym miała co najmniej zrabować dzieła sztuki. Zniknęłam mu za murem i przysiadłam na przyczółku mostu na Świdrze. Lubię to miejsce. Świder tworzy tu mały wodospad. Woda szumi rozbijając się o głazy, wybucha białą pianą.
Moja jesienna rozmówczyni, właścicielka rozpadającego się stareńkiego domu krytego strzechą kręciła się po podwórku. Przezornie przyśpieszyłam, by nie wciągnąć się w rozmowę. Podejrzewam, że ma demencję i na dodatek, jak to bywa u starszych ludzi ma wrażanie, że ją okradziono, obrabowano. Przecięłam szosę idącą do Starogrodu i wjechałam na szeroką piaszczystą drogę, na którą kierowała strzałka Ptaki i zachęta Agroturystyka "bobry". Przy drodze rósł las, a po drugiej stronie pojawiały się siedliska. Spodobała mi się kapliczka
W niewielkiej odległości od niej ujrzałam Agroturystykę. Reklamowały ją wyciosane w drewnie bobry (w pierwszej chwili wzięłam je za niedźwiadki).
Za płotem trwały jakieś prace porządkowe czy też może remontowe, więc nie wchodziłam na teren ogrodu. Po drugiej stronie stał dom tej agroturystyki. Kiedyś byliśmy ze Zbyszkiem w węgierskiej krzyżówce agroturystyki, motelu i skansenu. Były tam oryginalne chałupki, wyposażone w meble wzorowane na wiejskich, wiejskie kwiatki, płotki, jakieś garnki suszące się w słońcu. Sprytnie wykorzystano tam resztki dawnego budownictwa ratując i jednocześnie mając z tego zysk. U nas buduje się pseudodwory-potwory, albo "zakopiańskie chaty" nie mające nic wspólnego z mazowieckim budownictwem. Tu w okolicy stoi pełno niezamieszkałych chałup, z pięknych grubych bali, jeszcze ze strzechami. W Gadce widziałam, ktoś kupił czy odziedziczył wyremontował, gdyby nie plastikowe okna (stolarka jest bardzo droga i stosunkowo nietrwała) byłaby cud-chatka. Brawo! Ktoś, kto projektował agroturystykę w Ptakach nie bardzo umiał się zdecydować co projektuje, może zresztą inwestor narzucał swoją wizję, a architekt nie miał zamiaru walczyć.Ostoi dla koni nigdzie nie mogłam dojrzeć. Ruszyłam więc dalej z nadzieją, że może coś się "odkryje". Domów ubywało, lasu szczęśliwie przybywało. A potem coś błysnęło przez drzewa: tafla wody.
Kilka osób pobudowało tu domy i utworzyło kompleks stawów. Na brzegu jednego z nich kłu
ła w oczy niesamowita biel piasku. Rozłożyłam się na nim.
Leniwie leżałam wpatrując się w niebo, krążącego myszołowa i słuchając żurawia, który gdzieś niedaleko wypatrzył miejsce na gniazdo. Miałam ochotę pójść w kierunku Świdra, ale dość szeroki rów zagrodził mi drogę. Zrobiło się popołudnie, pora była wracać. Następnym razem spróbuję zjechać ze szosy do Starogrodu obierając prawą drogę do agroturystyki - postanowiłam - może tam trafię na konie.










