środa, 28 października 2015

Gaz i mgła

Gaz się skończył. Do takiej małej turystycznej butli można go nabić albo w Woli Duckiej (10 km szosą o dużym natężeniu ruchu), albo w Grębiszewie na TIReście (jeśli dobrze pamiętam to 6 km bocznymi drogami). Wyczyszczoną butlę ładuję do żółtego worka, w jakim my wieśniacy przechowujemy ziarno, albo wozimy nasiona, kładę do koszyka na bagażniku i w drogę! Czekałam do 10, żeby mgła zeszła, ale jakoś nie chciała. Co było robić? Może w międzyczasie opadnie? Jechałam zwykłą drogą jak do sklepu, woda dość wysoka. Drzewo przy ławie bobry zaczęły nadgryzać z drugiej strony. Tylko patrzeć jak runie! Żal pięknego drzewa.
Czyściciele rąbią teraz wszystko co rośnie przy drogach i nad rzekami, tną kosiarkami krzewy i młode drzewka. Gdzie te czasy, kiedy zielone gaje wskazywały, że wśród nich płynie rzeczka! Tu choć niby rezerwat, ale jakoś się nie patyczkują. Kilka tygodni temu był tu spychacz i całą piękną plątaninę usunął. Najszybciej jak mogłam przemknęłam przez Kołbiel i wjechałam w las. Widoczność była mała na jakieś 80 m. Najbliższe drzewa wydobywały się ze mgły, reszta ledwie majaczyła.
Piaszczysty odcinek drogi między Borkowem a Rudzienkiem był wyjątkowo wspaniały, bo mocno wilgotny i dało się jechać bez przeszkód. Na piasku widniały ślady saren przecinających drogę. Zawsze w tym miejscu sobie wędrują. Na początku Rudzienka przy odpływie ze stawów mgła wydobyła z natłoku roślin wierzbę. Fantastyczna! Mgła jest cudowna, bo można zobaczyć fragmenty, niewidoczne przy dobrej pogodzie. Złapałam ją do komórki. Mam nadzieję, że fotografia jej nie zaszkodzi.
Rudzienko słynie w okolicy z kapliczek. Podobno mieszkańców wyśmiewają z powodu pobożności i nazywają ich bośkami
. Rzeczywiście kiedyś na małym odcinku ulicy naliczyłam kilkanaście krzyży i kapliczek. Dawniej był tu dwór, ale podobno został rozebrany i przeniesiony do skansenu. Szkoda, ale pewnie lepiej niż by popadł w ruinę. Pozostało kilka pięknych domów ozdobionych "pazurkami".
Normalnie przejeżdżam ulicą 3 Maja aż do straży pożarnej i tam skręcam w lewo, a potem polną drogą dojeżdżam do dk 50 i z wielkim strachem idę pod prąd poboczem o szerokości najwyżej 50 cm. + biała ciągła linia. Boję się jechać ze względu na silny podmuch wytwarzany przez pędzące ciężarówki. A dziś ta mgła! Mogę jechać przez las, ale tam kopny piasek i zwały śmieci porzucone zapewne przez kierowców. Panopticum! A może tak spróbować z Bocznej skręcić nieco w lewo, a potem w prawo tą szeroką piaszczystą drogą? Sto procent, że dochodzi do drogi na Grębiszew! Droga wiodła pod górę tunelem w pustce. Pewnie były obok jakieś domy, bo czasem słyszałam szczekanie psów, pianie kogutów, ale ja przebijałam się przez watę. Jednak dzięki tej wacie zobaczyłam dwie, a może trzy wierzby i wpadłam w zachwyt.


Podchodziłam do nich to z jednej, to z drugiej strony, zaglądałam do wnętrza, z jednej spoglądałam na drugą, a potem odwrotnie. Że też takie cuda same z siebie powstają! Z żalem odjechałam przyrzekając sobie, że jeszcze kiedyś tu przyjadę. Zaczęłam zjeżdżać w dół i zobaczyłam, że droga skręca w lewo oddalając się od TIRestu. Kusiło mnie, żeby skręcić w którąś z polnych dróg prowadzących w zamglony niebyt. Z trudem się powstrzymywałam i dzięki temu w miarę szybko znalazłam się na skrzyżowaniu z szosą. Całym pędem minął mnie samochód "Solid security" jakkolwiek znak wskazywał ograniczenie do 40, a później nawet do 30 km/h. Dzielni chłopcy zginęli we mgle, za to wyłonił się samochód z dziewczyną w czerwonym swetrze. Wyraźnie zwolniła na mój widok. Zawsze mnie to cieszy, kiedy widzę, że ktoś myśli. Droga osiągnęła wzniesienie. Prawdopodobnie TIRest niedaleko. Mgła nabrała ciemnego koloru: Las. Leśniczy stał przy drodze czekając na kogoś. Jeszcze chwila i zobaczyłam jadący w poprzek samochód: Za jakieś 100 m dk 50. Podjechałam do mojego Gazownika. Dziś parking był pełen TIRów. Warsztat naprawczy miał chyba dużo roboty. Kierowcy kręcili się przy sklepach. Pełno tu sklepów. Dostanie wszystko, co potrzebne do samochodów, motorów, lawet. Jest i odzież i suweniry, jest spożywczak. Napisy po polsku i rosyjsku świadczą jednoznacznie jaka tu jest klientela. Po pewnym czasie napis "Cappy" czytam "sarru" i łapię się na tym z radością. U Gazownika koci wysyp. Przepiękna tygryska urodziła sześć kociąt. "Wymendlowały" się na trzy tygryski i trzy białaski. Nie wiadomo które kocię piękniejsze. Gazownik gotów oddać w dobre ręce. Ekspedientka ze sklepu ze światłami podeszła się pobawić. Lubię ten nastrój sąsiadujących sklepów. Przypomina mi to giełdę. Te cholerne noce i dnie na placu, ale jednocześnie taka więź ludzi połączonych podobnym zajęciem, jednako marznącym, moknącym, padającym z upału. Mężczyźni przychodzący by kupić coś bardzo ważnego dla ich pracy: Lampa, opona, plandeka... Przypomina mi te pierwsze wyjazdy do Berlina Zachodniego, noce spędzane w cieniu TIRów. W razie czego krzykniesz o pomoc i zlecą się chłopy ze wszystkich ciężarówek. Te głosy przyjeżdżających nocą, połączone z głosami odjeżdżających, pracujące webasta, Ulga przyjazdu, zimne poranki, sikanie za otwartymi drzwiczkami. Ech! Butla nabita. Pan Gazownik chwali się, że założył taki dinks, by uchwyt butli nie spadał. Dziękuję i uśmiecham się. Podjeżdżam do sklepu po pączka. Nie ma to jak jedzenie tam gdzie TIRy. Tirowcy nie przyjdą na byle jakie. Moje córki w to nie wierzą, ale tak jest. Kierowcy polecają sobie miejsca gdzie można dobrze i tanio zjeść. Mgła z lekka opadła i waham się, czy nie pojechać jak zawsze, ale mimo, że widoczność jest lepsza zawracam na nową drogę. Robię zdjęcie kępy fioletowych kwiatków (czy ktoś wyrzucił tu zeschnięty bukiet i kwiaty same się wysiały?)
Co to za ogród? same figurki!

Okazuje się, że to nie amator figurek, ale przedsiębiorca jak informuje napis. Słońce zaczyna się przebijać, pola parują. Wzdłuż mojej drogi pełno domów, które przedtem były okryte mgłą. Część z nich to "sypialnie". Ożyją wieczorem, po pracy. Słusznie się domyślałam, że to Dobrzyniec. Teraz już widać tabliczki na domach. Skręcam w stronę Rudzienka. Przy wierzbach jem pączka. Mmm... W środku bita śmietana, z wierzchu wiórki kokosowe.



Mijam Rudzienko. Słońce nagle wynurza się całkowicie i świat nabiera tak intensywnych barw, że ledwie można wytrzymać z ich nadmiaru. Jaki ten świat jest piękny! Można zwariować! W domu wyjmuję z włosów kilka kleszczy. Coś za coś.

czwartek, 22 października 2015

Osieck dawniej Osiecko

Większość okolicznych miejscowości objechałam. Kiedyś chciałam pojechać do Osiecka, ale jak przejechałam kilkadziesiąt metrów po strasznym błocie wycofałam się z pomysłu. Oczywiście można szybko i gładko dojechać tam dk 50, ale nie mam skłonności samobójczych i rowerem raczej tam nie wjeżdżam. Postanowiłam jechać przez znane mi Jaźwiny. Dzień był ciepły, majowy. Jechałam sobie przez lasy i łąki, widać podmokłe, bo pokryte różową firletką.
Ponieważ nic na drogę nie wzięłam poszukałam w Jaźwinach sklepu, kupiłam jakąś wodę i wafle. Mmm... Dotąd pamiętam ten smak! Zupełnie jak domowej roboty, grube z delikatnym, wilgotnym przełożeniem! Porzuciłam boczne drogi i dostałam się na drogę 805. Chodnik szybko się skończył i niestety musiałam jechać drogą bez pobocza. Na szczęście wyprzedzający mnie kierowcy byli grzeczni i ostrożni. Pewnie i oni i ich bliscy często korzystają z rowerów i wiedzą jaki to niemiły moment. Osieck leży poniżej skarpy, więc droga wiodła mile w dół i w dół (oznacza to, że na powrocie będzie pod górę i pod górę). Oczarowała mnie wieś Grabianka. Było trochę trudno jechać, bo jak wszędzie w tych okolicach prowadzono wykopy pod wodociągi, czy też kanalizację. Poniżej drogi rozścieliły się soczyste, zielone łąki i chłodne zarośla nad potoczkiem. Czarno-białe krowy pracowicie skubały trawę.

Na betonowych słupach energetycznych wznosiło się potężne jak forteca bocianie gniazdo. Po prawej ktoś zaprojektował ogród pełen fantastycznych kolorów.
Do Osiecka wpadłam nieoczekiwanie. Wydawało mi się, że będzie trochę domów, takich jakie bywają przed miasteczkami. Tu droga omijała dość duży dom, a potem niemal od razu wpadała na rynek. Rynek przemiły, zadbany i schludny. Miło było przysiąść na ławeczce i w cieniu drzew patrzeć jak krzątają się mieszkańcy.
Zdziwiłam się, bo kościół pod wezwaniem Św. Andrzeja i Bartłomieja wcale nie stał przy rynku, a wręcz kawałek dalej.
No i pech! Prace budowlane!


Wślizgnęłam się jakoś do kościoła, ale niestety zdjęcia mi nie wyszły dobrze.


Kiedyś były tu kościoły jeden po drugim niszczone przez ogień, albo burzone ze względu na stan. Obecny kościół to początek XX w. Osieck dostał prawa miejskie później niż Kołbiel, za to utraciły chyba w jednym czasie, tym samym "ukazem". Był kiedyś osadą myśliwską ze zwierzyńcem i służył książętom i królom. Tak jak i w Kołbieli mieszkało w Osiecku wiele rodzin żydowskich, a cmentarz żydowski był na południowy wschód między Sobienkami a Górkami. Może kiedyś spróbuję go znaleźć, będę rozpytywać ludzi.

niedziela, 18 października 2015

Łucznica

Nazwa zaciekawiła mnie już kiedyś, kilka lat temu, jak byłam w Pilawie. Droga wśród lasu, zbiegająca w dół - co tam na końcu może być? Ostatnio zobaczyłam, że jest tam jakiś dworek, Stowarzyszenie Łucznica. W tym tygodniu ma się ochłodzić, dziś jeszcze ciepło, a nie za gorąco. Zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam wodę i w drogę. Postanowiłam, że w Jaźwinach wpadnę do sklepiku i kupię sobie te przedobre wafelki, które tam jadłam w drodze do Osiecka. W powietrzu była jeszcze lekka mgiełka, poranny chłód. Wybrałam drogę 17tką, potem przez Antoninek, Słoneczną i Olchową w Kątach. Za przejazdem kolejowym asfalt się kończy. Droga przez lasek ziemna, wilgotna, miła dla roweru, potem wypada między łąki i zaczyna być szutrówką, a właściwie pralką (tu zwana jest tarą). Rower raz po raz podskakuje. W Augustówce znów asfalt. Kawałek drogi przed Jaźwinami wygląda jakby ktoś wylał bardzo rzadki asfalt wzdłuż osi jezdni i pozwolił mu swobodnie spływać ku poboczom. Ale jest to na pewno bardziej wygodne niż szuter. Z wiaduktu pomachałam ręką maszyniście towarowego pociągu, a on włączył sygnał. Miło. W sklepie doznałam strasznego rozczarowania - nie było wafelków! Sklepowa zdradziła mi, że dostawy są w piątki i potem bardzo szybko wafelków nie ma. Wjechałam na 805-tkę. Droga łagodnie wznosi się, nawierzchnia dobra, więc rowerek gładko mknął przez las do rozstaju. Stoi tu tablica poświęcona pamięci 3 zakładników rozstrzelanych w tym miejscu przez Niemców. Ogrodzono ją metalowym płotkiem.
 
Skręciłam w drogę do Łucznicy. Las przepiękny, inny niż te w okolicy Kołbieli. Więcej starych drzew, mniej brzóz, ku mojemu zdziwieniu dostrzegłam jodły. Chyba się nie mylę. Nie wiem czy rosną naturalnie, czy ktoś je celowo posadził. W tych okolicach nie spotyka się jodeł dziko rosnących. Przy drodze zobaczyłam drogowskaz: Mogiła powstańców 1863 r. 4500 m. No, tego nie pisali przy Łucznicy! Oczywiście muszę tam dojechać. Wobec takiego kąska jakiś tam dwór się nie liczy. Po jakichś 3 km dojechałam do wsi. Coś bieliło się między drzewami, pewnie dwór, ale mnie chodziło już tylko o mogiłę. Wstąpiłam do sklepu by zapytać o mogiłę. Miła pani wyszła ze mną ze sklepu i wskazała drogę idącą lekko pod górkę i rozwidlającą się przy wielkim głazie. Przy głazie trzeba skręcić w prawo, potem będą domy, ale do nich nie skręcać, tylko wjechać w las i już niedaleko będzie mogiła. Na głazie umieszczono tablicę z napisem, który cytuję za stroną Kazika Paciorka:
Przy tej samej drodze (patrz wyżej) około 150 m od zakrętu jest kamień z napisem: CHWAŁA BOHATEROM WALK O WOLNOŚĆ OJCZYZNY. W TYM MIEJSCU W DNIU 30 LIPCA 1944 R. ODBYŁA SIĘ W RAMACH AKCJI „BURZA” KONCENTRACJA ODDZIAŁÓW ZBROJNYCH ARMII KRAJOWEJ ZGRUPOWANIA „GOŁĄB”.


 
Minęłam domy, droga stała się wąska, trochę wilgotna, ale to pestka w porównaniu z drogą do Reguta. Mogiła się nie pojawiała, zaczęłam się niepokoić, że coś spaprałam. Słońce pięknie oświetlało polanę z kępą wysokich sosen pośrodku. A potem po prawej stronie drogi zobaczyłam jakąś wyniosłość.
To to! Ustawiono tu obelisk z krzyżem, prosty drewniany, bardzo wysoki krzyż z datą.


Spoczywa tu 46 poległych w marcu 1863 r.
 Na przeciw mogiły ustawiono kamienie z napisami:
 
W TYM REJONIE NOCĄ 14 WRZEŚNIA 1943 R. MIAŁ MIEJSCE ALIANCKI ZRZUT LOTNICZY Z WIELKIEJ Brytanii. PLACÓWKA ODBIORCZA ARMII KRAJOWEJ SPODEK DOWODZONĄ PRZEZ PPOR. STANISŁAWA MIERZYKOWICZA „MIRZĘ”. PRZYJĘŁA WÓWCZAS TRZECH CICHOCIEMNYCH PPOR. KAZIMIERZA TUHRMONA „ZACZEPA” PPOR. ROMANA WISZMIOWSKIEGO „HARCERZA” PPOR. FRANCISZKA ŻACZKA „MATKI” ORAZ BROŃ, AMUNICJĘ I RADIOSTACJĘ DLA KG AK. ŁUCZNICA 15.IX. 2003 r. Napis na prawym: ZRZUT W OPERACJI „NEON 7” WYKONAŁA POLSKA ZAŁOGA HALIFAXA DT-362 „L” Z 1586 ESKADRY PAF W SKŁADZIE: KPT. ANTONI FREYER ST. SIERŻ. HENRYK BOBER ST. SIERŻ. STANISŁAW KOZŁOWSKI SIERŻ. ALFRED PAWLITTA SIERŻ. STANISŁAW GOJDŹ SIERŻ. JAN PRYMUS SIERŻ. JAN WERNIKOWSKI


Taka mała wioseczka, a tyle historii widziała! Pomodliłam się i pojechałam na tą śliczną polanę. Może tutaj był bój? A te sosny to prawnuczki sosen z tamtych lat? Może wrześniową nocą krążył nad nią Halifax i spadały gwiazdy spadochronów? Patrzyłam na polanę i miałam takie wrażenie, że jakoś bardzo jest dla mnie ważna. O takich miejscach mówię "przejście".