Silne wichury, które przez kilkanaście dni nas nękały ulewami, gradem i śniegiem z deszczem, nieco osłabły. Chmury kryjące niebo zaczęły się rozstępować i w tym tygodniu nastał pierwszy dość ciepły i słoneczny dzień. Główka w ubiegły czwartek przy ważeniu owsa zachwalał mi kościółek w Gliniance. Po powrocie do domu zajrzałam do internetu. Parafia nieco młodsza od kołbielskiej, zresztą z niej została wyłoniona, kościółek drewniany, o wiele starszy od naszego. Gra w filmie "Ojciec Mateusz". Nie mogłam się doczekać lepszej pogody. We wtorek doszłam do wniosku, że chyba można jechać. Wpadłam w Kołbieli do Klocha, kupiłam francuskie ze serem, piękną kość dla psów i ruszyłam w drogę. Chmury na północnym zachodzie trochę mnie niepokoiły i nawet przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy nie zawrócić. Minęłam targowisko i wjechałam w las na drogę do Borkowa. Droga tu nieszczególna. Wprawdzie jest asfalt, ale powybijane dziury i to nie z tej zimy. Korzenie drzew chcą się przebić pod nawierzchnią i od czasu do czasu tworzy się fala. Rower podskakuje i jadąc z góry trzeba uważać, by na takiej skoczni nie wylecieć za daleko. Po jakichś 100, czy dwustu metrach droga wznosi się w górę. Nie sądzę by była wyższa niż ta przy rondzie, ale jakoś ciężko mi się na nią wjeżdża. Może to sprawa nawierzchni? Za to zjazd jest długi, bo teren zmierza w stronę doliny wyrzeźbionej przez Świder.
Po drodze wśród lasu widać domy "warszawiaków". Nawiasem mówiąc ciekawa mentalność: kupują działkę w lesie, bo chcą mieć domek w lesie. Potem wycinają wszystkie leśne drzewa by posadzić jakieś dziwolągi, zwożą ziemię, żeby posiać trawę zamiast tej pięknej, długiej jaka rośnie w sosnowych lasach. Oczywiście cały czas jeśli są na działce podlewają, koszą, podlewają, koszą. Gdyby zostawili sosny i trawę nie mieliby nic do roboty, bo sama natura świetnie to reguluje. W Borkowie po lewej wznosi się dom góralski, trochę śmieszne, że ktoś tu coś tak obcego stawiał. Drugi cudak jest blisko zakrętu - za szarym murem (jak pozwolili na lity mur?) wznosi się budynek równie szary i smutny. Nazywam tą posesję psim cmentarzem. W mur powinny być wbudowane urny z prochami ukochanych piesków.
Kilkanaście metrów od psiego cmentarza asfalt kończy się rozstajem dróg. Prosto droga prowadzi do Rudzienka, w prawo do Rudna, a w lewo do Sępochowa. Wybieram drogę na Sępochów. Trochę trudno jechać, bo piasek głęboki po pracach przy wodociągach. Na szczęście krótki odcinek. Droga skręca. Wokół równina pełna zarośli wskazujących na bagna. W zeszłym roku słyszałam tu daleki klangor żurawi. Mają na bagnach swe gniazda. Dojechałam do mostów: są dwa w niewielkiej odległości. Nie wiem czy Świder się tu rozgałęzia, czy też aż tak strasznie kręci. Zaczyna się Sępochów. Lubię ten odcinek drogi, zarośla nad rzeką, wieś blisko brzegów, trochę jak Raba, trochę jak Zielonki... W Sępochowie jest kawałek asfaltu, można trochę przyśpieszyć.
Zaczyna się Dąbrówka, kończy dobra droga. Po lewej stadnina, pastwiska ogrodzone elektrycznymi pastuchami, place maneżowe, przeszkody, po prawej wydłubali ziemię by zrobić stawy. Wszędzie robią stawy, taka moda. Ciekawam, czy to dobrze dla stosunków wodnych w okolicy, czy nie spowoduje strat w przyrodzie. Czy ktoś nad tym czuwa, czy też wydają pozwolenia, bo "warszawiak" się stawia. Znów trochę domów wśród lasku, za ogrodzeniami, potężne szczekania. Chwała Bogu, duże psy nie są zbyt skoczne, bo nie wiem co by ze mnie zostało. - Rozpoznaję oczko wodne widziane w zeszłym roku. Wtedy pora była wcześniejsza. Wodę pokrywał lód, brzegi zlodowaciały śnieg. Teraz wśród trzcin, kosmatych pałek, rozbrzmiewa rechot żab.
Słońce lśni. Ktoś nad brzegiem posadził wierzbę, zabezpieczył palikami. Na wietrze drżą drobniutkie, seledynowe listeczki. Zapewne ktoś inny rzucił butelkę po piwie i mniejszą po wódce. Każdy w czym innymi widzi piękno... Po krótkiej przerwie ruszam i dojeżdżam do skrzyżowania - Siwianka. W zeszłym roku skręciłam, by dostać się do dk 17. Do Glinianki prosto. Droga powinna doprowadzić do Świdra, a potem most, szkoła. Z daleka słyszę narastający szum, gdzieś musi być wodospad. Mijam domostwo, słychać już nie szum lecz niemal łoskot. Świder. I nagle staję absolutnie oczarowana. Dawno nie widziałam tak pięknego miejsca. Dawniej był pewnie młyn. Nad wodospadem wznosi się dośc długi most, biała woda z hukiem leci w dół, rozbija się tworząc mnóstwo piany płynącej szerokim rozlewiskiem po bystrzynach, które tworzą się w wielu miejscach szerokiej w tym miejscu rzeki, wysokie zalesione wzgórze zagradza jej drogę i nurt musi nagle skręcić raz i chyba jeszcze raz okrążając wzniesienie.
Weszłam na most i aż mi się w głowie zaczęło kręcić od tego huku i pędu w dół. Po drugiej stronie mostu niby spokojna zielonkawa toń, ale pewnie tam dopiero porywa prąd! Niesamowite! Miałam ochotę zatrzymać się na chwilę, ale zajechało autko i kilku młodych ludzi wysiadło. Oni też zamierzali się nacieszyć wiosną, ciepłem, rzeką. Zrobiłam kilka zdjęć i filmiki i ruszyłam w dalszą drogę. Polna droga zaprowadziła mnie w pobliże świeżo postawionych domostw. Czarnówka. Pogadałam chwilkę z młodym człowiekiem, który ścinał samosiejki. Pochwaliłam piękno okolicy, a on potwierdził, że idę dobrą drogą do Glinianki. Świder to podpływał, to się oddalał, kaczeńce rozkwitły na mokradłach, a w gajach pojawiły się fiołki. Znów skupisko domów tym razem się nazywało Akacjowa. Nie widziałam tam żadnej akacji, a szkoda! przepadam za miodem akacjowym, za jego delikatnym smakiem i jaśniuteńkim kolorem. Akacjowa doprowadziła mnie do drogi z mostem i widokiem na olbrzymią szkołę. Według mojego rozeznania kościół miał być tuż, tuż. Skręciłam w prawo, za szkołą w lewo w ulicę Napoleońską (swoją drogą w okolicach Warszawy bardzo popularna nazwa). Kościół "odkrył się" prawie natychmiast.
Maleńki, za nim dzwonnica, wszystko otoczone płotem, zielenią i kwiatami. Brudny przystanek, jakiś kramik z warzywami, sklepik dopełniały rynku. Skręciłam w Wawrzyniecką i dotarłam do furtki kościelnej. W dawnych czasach wieś, a właściwie miasteczko nazywało się Wawrzyńczewem na cześć właściciela Wawrzyńca Dobrzynieckiego, któremu zawdzięczało rozwój. Była i szkoła parafialna i pięć jarmarków w ciągu roku. Nieco później niż Kołbiel uzyskało prawa miejskie, kościół parafialny uposażony na okolicznych wioseczkach. Kościół z XVI w. jak to większość drewnianych kościołów płonął, był odbudowany. Obecną postać przybrał w XVIII w., więc jest szacowny. Przy furtce wznosi się dzwonniczka na planie kwadratu, a w niej sobie hulają aż dwa dzwony - Wawrzyniec i Stanisław.
Na wieży dojrzałam figurkę św. Wawrzyńca z płomieniem rusztu. Zostawiłam rower na stojaku i spróbowałam czy się wejdzie do kościoła. Udało mi się wejść w przedsionek, następne drzwi były zamknięte, ale oszklone. Wnętrze było jasne, przestronne, na tęczy krucyfiks z połowy XVI w. Nie dane mi było rozejrzeć się bliżej. Moją uwagę przyciągnęły jeszcze olbrzymie palmy wielkanocne umieszczone ku ozdobie.
Niestety kościółki w dni powszednie są zamknięte, z wyjątkiem wczesnych i wieczornych mszy, zaś w niedzielę nie można zwiedzać by nie przeszkadzać wiernym w skupieniu na modlitwie. Będę śledzić ogłoszenia i jak będzie pogrzeb może się wstrzelę i zobaczę kościół w środku. Obeszłam kościółek dokoła. Zrobiono tu drogę krzyżową na wielkich głazach. Wszystko pięknie prowadzone. Tego dnia też krzątał się drobny, starszy mężczyzna i ściągał grabiami resztki suchych liści, które przyniósł wiatr. Pojechałam jeszcze kawał drogi Wawrzyniecką, bo według mapy miał tam być krzyż, czy też pomnik 1920 r. Droga była piękna. Wspinała się na pagórki, kręciła to w prawo, to w lewo, ale żadnego krzyża na znalazłam. Postanowiłam wracać. Znów dojechałam do kościoła, na Napoleońską i tam zwróciłam uwagę na izbę regionalną. Niestety jak się to dzieje z rozpędzonym człowiekiem nie chciało mi się już zahamować i zawrócić. Spróbuję innym razem! Wracałam mostem przy Wrzosowej (prawdopodobnie pamiątka wsi Wrzosy). Za mostem droga trafiła do Kruszówca. Aż się prosi Kruszowiec, ale jest Kruszówiec, kilka miejscowości ma tak zabawnie. Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy jazda przez Kruszówiec, należy mi to wybić z niej młotkiem. Zgodnie z nazwą wysypano gościniec kruszywem, po kilkunastu metrach jazdy miałam wrażenie, że wszystkie śrubki w rowerze zaraz spadną na kruszywo, a moje siedzenie przypomina zrazy bite. Polepszyło się blisko wodospadu. Tym razem nikogo nie było. Zeszłam w dół i siadłam sobie na nagrzanym kamieniu i tak sobie siedziałam, jadłam, piłam, a słoneczko świeciło i grzało. Woda szumiała, ciurlikała, pieniła się i skrzyła. Ptaszki śpiewały. W domostwie na górze ktoś rozpalił pod piecem. Pewnie robił obiad. Rozejrzałam się. Na skarpie widać było ślady motoru. Jak to się dzieje, że gówniarze nie przepuszczą żadnemu miejscu, nie obchodzi ich, że niszczą, że mają inne bardziej właściwe miejsca. Zezłościłam się i to pomogło mi w mobilizacji do powrotu. Przecież wrócę!















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz