wtorek, 2 czerwca 2015

Brak decyzji czyli Pogorzel po raz drugi

Właściwie zobaczyłam większość zabytków jakie są w tej okolicy w zasięgu 25 km. Drogi, które do nich wiodą już mi się nudzą. Właściwie powinnam jakoś przygotować samochód do przewiezienia roweru i rozpoczęcia wyprawy w dalsze strony. Wczorajszy poranek jakże inny był od ostatnich. Jakkolwiek rosa moczyła moje gumiaki powietrze bylo ciepłe i pachnące. Mogłam śmiało wyjść na spacer w piżamie. Psy szalały z radości. Po spacerze trzeba było jednak podjąć decyzję "co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem" jak mawiał wuj Adam Wawrausch. No, chyba Malcanów? Warto by zobaczyć te baseny - idzie lato. Po drodze można wpaść do izby regionalnej w Gliniance... Na powrocie zrobić zakupy... Podjechałam do gminy by zgłosić martwego psa, który już od trzech dni spoczywał na poboczu w drodze do Gadki. Rower szedł jakoś opornie. Z niechęcią pomyślałam o tych kilometrach, które mnie dzielą od Malcanowa. Robiło się gorąco. Dzień Dziecka... Pewnie wszędzie pełno dzieci pędzonych na wycieczkę. Może lepiej do Siennicy? Trochę mnie zniechęca droga, którą ostatnio wciąż jechały TIRy, lub co gorzej wywrotki z ziemią. Wiem! Dwór w Grzebowilku! Jeszcze tam mnie nie zagnało! Po kilometrze lub dwóch jakoś złapałam rytm. Rower sunął dzielnie, lekki wiaterek niósł maleńkie obłoczki. Szczęśliwie spotkałam zaledwie ze dwa większe samochody, kilka osobówek. Znów pobudowały się nowe domy i chyba jakieś zakłady produkcyjne. I znowu wokół śmieci po budowie jakby nie można było tego spakować do kontenera. Jak już ktoś ma pieniądze na inwestycje wynajęcie kontenera na jeden dzień nie jest aż takim wydatkiem! Miło było znaleźć się na bocznej drodze do Zalesia.
Przemknęłam przez Zalesie, wpadłam do Nowego Zalesia i dalej. Fajnie się jedzie jak się poznaje drogę, którą się kiedyś jechało! Aż tu po lewej cóż widzę: kozy - mama i dwoje koźląt.
A co tam dalej takiego dużego? Kozioł! Ale jaki! brązowy! Pomeczałam do nich. Jak zawsze zaczęły odpowiać. Ciekawe co im meczałam? Kozioł szczęśliwie był uwiązany. Szczerze podziwiałam jego urodę - czarną grzywę, długą brodę.
Zaczęłam robić zdjęcia. Chwilę pozował, a potem odwrócił się i odszedł o ile mu łańcuch pozwolił. Tył również imponujący.
Dopiero wtedy ujrzałam mężczyznę siedzącego w cieniu szopy. Głupio mi się zrobiło z powodu meczenia i rozmowy z kozłem na temat pozowania. Pewnie pomyślał, że jakaś wariatka. Porozmawialiśmy na temat kóz, koziego mleka i właścicielki tej męskiej piękności. Mieszkała obok w domu o intensywnej pomarańczowej barwie. Poczęstowała mnie zimnym kozim mlekiem. Dotąd nie jestem pewna, czy nie było podrasowane krowim. A może tak już się przyzwyczaiłam, że nie czuję różnicy? W każdym razie było pyszne i nasyciło mnie na długi czas! Po rozmowie nagle zrozumiałam, że wcale nie jadę do Grzebowilka tylko do Pogorzeli spotkać się z Kochaną Suczką i zobaczyć kapliczki, których zeszłym razem nie widziałam. Tuż za parkiem znajduje się kapliczka z pulchniutką Matką Boską (podobno z lat osiemdziesiątych XIX w.)
Żeby nie marnować czasu spytałam pewną panią czy jest tu jeszcze jakaś kapliczka. Opowiedziała mi szczegółowo o pracach nad ochroną kapliczki, zadaszeniu, mówiła długo i była szczęśliwa, że może udzielić informacji komuś, kto jedzie z tak daleka na rowerze. Kapliczka rzeczywiście śliczna, odnowiona i niestety zabezpieczona chyba pleksą przed zacinającym deszczem. Słońce blikowało, mało co było widać, co tu mówić o zdjęciu!
Postanowiłam podejść do ogrodzenia i od dołu zrobić zdjęcie. Stanęłam na płytkach cokoliku i... trach! coś tam pękło!
Tron Łaski
Ale tak na oko nie widać. Taki już mój los niszczycielski. Stanął mi w oczach hotel koło Ravenny, marmurowy parapet i ucieczka z hotelu. Utrwaliłam kapliczkę i zawróciłam do dworu. Brama nadal była otwarta na oścież. Pani Domu nie było widać, nikt się nie kręcił. Niedawno pokoszono trawy. Zamontowano nową stolarkę okienną i nowe drzwi.

Pęknięcia tynku pokrywała warstwa świeżego cementu. Nie pamiętam czy poprzednim razem był na dachu blaszany kurek i anteny. Niestety anteny nie pozwalają na cieszenie się dachem, ale ludzie jakoś muszą żyć. A jak wygląda dwór w środku? Niestety można się tylko dowiedzieć z www.zabytkimazowsza:
"Początkowo dwór miał dach czterospadowy, nie miał balkonu, który dobudowano około 1900 roku oraz bocznej oranżerii. Opisując architekturę dworu można powiedzieć, że jest to budowla późnobarokowa. Wymurowany został z cegły i później otynkowany. Ma on plan prostokąta, jest parterowy z piętrową częścią środkową wysuniętą ryzalitowo od frontu i od ogrodu wraz z jednoosiowymi obustronnymi ryzalitami skrajnymi; jest podpiwniczony z mieszkalnym poddaszem, krytym dachem naczółkowym. Układ wnętrz jest dwurtaktowy. Sień występuje na osi prostokąta z dwiema klatkami schodowymi na piętro i do piwnicy. Salon jest obszerny ze ściętymi narożami. Piwnice dworu są sklepione kolebką koszową i kryte sklepieniem zwierciadlanym. Posadzki sieni wykonane są z czerwonego marmuru. Do dzisiejszych czasów zachował się kominek z XIX w pomieszczeniu na prawo od salonu. W XVIII w. była w nim kaplica o czym wspomina Michał Radziwiłł pod datą 17 sierpnia 1759 r. "Mszy Św w kaplicy słuchałem i obiad zjadłszy pożegnałem gospodarza"...


Smutno mi było, że Kochana Suczka mnie nie oprowadza. Czy aby nie zginęła - szosa tak blisko! Pochodziłam koło stawów. Gotowa byłam zrobić zdjęcie ulatującym znad wody kaczkom, ale ich też nie było...

Zjadłam kanapkę, popiłam wodę i ruszyłam w powrotną drogę. Chciałam jeszcze zrobić zdjęcie utopionego w bujnej trawie Lincolna na amerykańskich tablicach.Wtedy właśnie się zjawiła istota, o której poprzednio mówił tubylec, że pilnuje na co dzień. Złotousta w pierwszym rzędzie spytała co tam robię, na to nagle wyskoczyła Pani Domu, jeszcze tęższa niż poprzednio i kordialnie się ze mną przywitała.
Złotousta posłała mi tekst, który przewidziałam: Teren prywatny itd. Przepraszałam jak mogłam, byłam skruszona, chwaliłam piękno dworu, poczynione inwestycje, koszmar wydatków. Cień uśmiechu nie zagościł na ustach Złotoustej. Czasem bywa, że człowiek nie da rady trafić do drugiego i wszystko co mówi odbija się jak od rycerskiej tarczy. Odjechałam, czując, że Złotousta sprawdza, czy wszystkie lusterka w porzuconych lincolnach są, czy nie wybiłam szyb, czy nie ukradłam kosiarki, taczek i innego sprzętu. Ciekawe, czy właścicielka przyjeżdża w weekendy i czy jest tak niedostępna jak Złotousta Tarcza. Upał doskwierał. Przed trzecią byłam w domu. Całe pierzaste bractwo czekało na mnie z niecierpliwością. Ufff! jak gorąco!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz