niedziela, 25 stycznia 2015

Pogorzel pod Siennicą

Na imieniny postanowiłam zrobić sobie w prezencie dawno planowaną wycieczkę do Pogorzeli. Dzień był chłodny, pogoda na dwoje wróżyła, ale postanowiłam zaryzykować. Jeszcze niedawno droga do Siennicy była słabo uczęszczana. Teraz się to nieprzyjemnie zmieniło. Jechało dużo osobówek, duże ciężarówki do przewozu piasku i ziemi. Te ostatnie nie były zbyt miłe na tej dość wąskiej drodze. Zniszczyły szosę i co chwila wjeżdżałam na długą łatę wstawioną w asfalt. W lesie koło kapliczki ktoś zaczął się budować. Znowu odbierze zwierzętom kawałek ziemi. Po drodze spotkałam rowerzystę. Wracał z Kołbieli do domu. Pogadaliśmy chwilę o tym i owym, zwłaszcza o przeciwnym wietrze. Potem on skręcił gdzieś w las, a ja pojechałam dalej. Droga, którą się zna, jest trochę nudna. Minęłam lasy między Kołbielą a Podgórznem i jechałam wśród pól. W oddali pojawiło się wzniesienie, na którym wśród zieleni błyskały ściany klasztoru i domy Siennicy. Nie chciałam jechać przez Siennicę.  Droga tamtędy nie jest zachwycająca. Skręciłam w lewo na Zalesie. Słońce zaczęło przygrzewać. W sadzie przy drodze rosła jabłoń. Miała tak czerwone jabłka, wpadały niemal we fiolet. Zatrzymałam się na chwilkę i podniosłam z ziemi dwa. Nagryzione miały różowe zabarwienie, a smak i zapach wspaniałe. Postanowiłąm wpaść tam w powrotnej drodze i kupić kilo lub dwa. Minęłam Zalesie, Dąbrówkę. Po niebie sunęły białe obłoki, wiatr nie był dokuczliwy. Na horyzoncie ciemniały lasy. Czego człowiekowi trzeba do szczęścia? Droga zaczęła schodzić w dół, niezbyt to lubię, bo oznacza, że na powrocie będzie pod górę. "Niech żyją góry z góry na dół, a nie z dołu do góry!" - mawiał mój przyszywany wujek, Witek Zachorowski. Ale las po obu stronach drogi był piękny i właściwie miło by było wejść głębiej. Jednak albo się ma jakiś cel, albo włóczy po lesie. Wyjechałam z lasu i po krótkiej chwili nieoczekiwanie okazało się, że już jestem w Pogorzeli. Kiedy znalazłam się na skrzyżowaniu z drogą Siennica-Mińsk rozejrzałam się. Droga była w robocie. Pracowały maszyny budowlane, czuć było zapach rozgrzanej smoły. Hałasowały maszyny do ubijania ziemi pod kostkę bauma. Nie miałam ochoty jechać w tamtą stronę. A właśnie tam były najwyższe i najciemniejsze drzewa typowe dla dworskich parków. Ale na pewno jest jakaś inna droga by się do dworu dostać. Przeszłam na drugą stronę jezdni i ruszyłam wzdłuż ogrodzenia. Jechałam i jechałam coraz to dalej, a nigdzie nie widziałam dziury przez którą można by przeleźć i to z rowerem. A nawet gdyby była gąszcz pokrzyw i innego badziewia nie pozwoliłby dotrzeć do dworu. Zaczęłam jechać wzdłuż drugiego boku ogrodzenia. Tam spotkałam człowieka, który powiedział, że wjazd na teren parku jest akurat po przeciwległej stronie. Brama wjazdowa jest zawsze otwarta, każdy sobie może wejść i pooglądać. Ktoś to podobno kupił, ale niezbyt się interesuje nabytkiem. Pomyślałam o pięknie odremontowanym Rudnie. Ciekawe, czy tu nabywca też zrobi taką perełkę. Brama wjazdowa była akurat tam gdzie trwała budowa drogi.

Przez szeroko otwarte podwoje weszłam na drogę do dworu. Drzewa tworzyły szpaler i zielone sklepienie. W dali bielał budynek. A na drodze pojawiła się śliczna, miła i gościnna suczka. Widać była przyzwyczajona do odwiedzających. Pozwoliła się przywitać i oprowadziła mnie po całym terenie.
 Murowany dwór zbudowano w XVIII w. na miejscu starego, drewnianego. Na polecenie Kazimierza Rudzieńskiego zaprojektował budowlę Symeon Gaygier. Jest on również autorem zespołu klasztornego w Siennicy. Taras i oranżerię dobudowano około 1900 r.
Niestety nie miałam możliwości obejrzenia dworu w środku. Podobno w salonie jest piękna podłoga z czewonego marmuru. Opowieść gminna głosi, że jest tu podziemne przejście łączące dwór z kościołem w Siennicy. Mało to prawdopodobne. Może zaszło nieporozumienie. Obok salonu była podobno kaplica. W podziemnym korytarzu w czasie okupacji ukrywali się podobno Żydzi. Dwór zrobił na mnie wrażenie opuszczonego. Tu i tam walały się jakieś cegły, piasek, taczki. Nikt jednak nie pracował.
Oprócz suczki nikt się nie zjawił. W oranżerii nie rosło nic prócz samosiewki. Podobno przed dworem były kamienne wazony. Jeden z nich zniszczał, drugi wzięto do Siennicy i służył jako chrzcielnica. Minęłam dwór i poszłam za moją czworonożną Panią Domu do parku. Tu rozciągały się stawy odbijające błękit nieba i sunące obłoki.
 Jeden staw leżał wśród łąki, drugi w zadrzewionej części parku, po tym drugim pływało stado kaczek, czy dzikich gęsi.
Nim zdążyłam podejść i zrobić zdjęcie suczka wpadła w szuwary z impetem i ptactwo wzbiło się w powietrze. Suczka wyraźnie chciała mnie jeszcze prowadzić po coraz bardziej zdziczałym parku, ale nie podążyłam za nią w obawie przed kleszczami. Zawróciła więc za mną. Mój rower czekał za oranżerią. Obiecałam Pani Domu, że następnym razem coś dla niej przyniosę. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić obietnicę. To miejsce mnie woła. Muszę też zobaczyć dwie zabytkowe kapliczki, o których się dowiedziałam po powrocie z wycieczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz