piątek, 23 stycznia 2015

Wycieczka do nikąd

  

Ciepło jak na styczeń, + 3 stopnie. Lekka mgła. Wichury, które jeszcze trochę ponad tydzień temu nas nękały, gdzieś wywiało. Nigdzie śladu śniegu. Idealna pogoda na rower. Zbyt długo tkwiłam przy chałupie. Drzewo może sobie jeszcz poczekać na cięcie. Porządki mi nie uciekną. Kiedyś to zrobię. Rower, i wio! Trzeba jakoś przetrwać tortury jazdy przez wieś. Może i lepiej, że tyle wybojów, przynajmniej kierowcy zwolnią. Dziś jednak pusto, cicho. Przy bramie jednego z domów (chyba obcy się pobudowali) kręcą się dwa ogary. Żegnają odjeżdżający samochód. Pod starą wierzbą ktoś ustawił świeczki. Znów ktoś nie opanował samochodu...
 Tu za wsią podrosły samosiewki. Mocna zieleń sosen kontrastuje z pożółkłą trawą. Gdzieniegdzie łany zeschłych burzanów odbijają pociemniałą czerwienią od łąk i zagajnika. Zostawiam rower wśród sosenek i ruszam a przechadzkę. Krople wilgoci zwisają z każdej gałązki brzozy, z każdej sosnowej igły. Przypominają mi się moje górskie mgły...W oddali majaczą pojedyncze zabudowania. Kogut zwołuje swoje małżonki. Niechcący kopię zestarzałą olbrzymią purchawkę. Rudy pył wysypuje się dookoła. Zawracam po rower. Jak zwykle lekka obawa, że nie wrócę w to miejsce, zresztą zupełnie nieuzasadniona. Jest!


Postanawiam jechać polną drogą w stronę Świdra. Nigdy tamtędy nie jechałam, bo widok ludzi opalających się na brzegu mnie zniechęcał. Dziś nikogo nie ma. Pozostały sterty butelek i rozwleczone, przygniłe pampersy... Przy drodze wierzby powykręcane, czosane wiele razy, do tego mgła... nic tylko postawić fortepian i grać Chopina. Kora starych wierzb to arcydzieło kompozycji. Rysy, pęknięcia, sęki, dziuple, różne rodzaje mchów. Jakie różnobarwne pnie! Jedną ktoś oznaczył różowym iksem. Pewnie ją zetną o wiosnie. Gdyby tak zmyć ten kolorek? Tyle piękna niszczymy w imię "porządku", a tyle brudu po sobie zostawiamy!


 Wracam do torów. Biegną z dali i w dali giną, zwłaszcza przy mgle jest to szczególnie wyraźne. Metafora losu. Ludzie pędzą pociągami, samochodami, lecą nad ziemią szukają piękna i przygody. Pęd nie pozwala im dojrzeć, że piękno i przygoda są tuż za oknem. Wielu mieszczuchów gorzknieje zazdroszcząc bogatym, których stać na wycieczki w głąb mórz, w przestrzenie stepów, puszcze. A mogą sobie podjechać do pętli autobusowej, czy tramwajowej i spotkać historię swojego kraju, poczuć urok i tajemnice mgły. W oddali zabrzęczała rogatka.


 Pociąg się zbliżał, z mgły wynurzyły się potrójne światła. Przeleciał obok mnie, błysnęły czerwone światełka ostatniego wagonu i zniknęły we mgle. Na łące przy torach oczko wodne dalej odbijało szare niebo i czarne gałęzie wierzb i olch. Obraz w wodnym lustrze był nieco zmącony przez lekki prąd.
                                                                                                                                                                                                                 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz